Wydawnictwo TEST - skok do strony głównej
założone w Lublinie w roku 1988
historia
katalog
serie wydawnicze
nowości
galeria
Bernard Nowak: Wyroby duchowe (0)



Stowarzyszenie Pisarzy Polskich,
Oddział w Lublinie, Wydawnictwo TEST,
Lublin 2010
(2001-2008) - wydanie pierwsze
ss. 352, ISBN 978-83-7038-012-3

Grafika na okładce oraz projekt okładki:
Andrzej Kot
Skład, łamanie i PostScript: Bernard Nowak

Link do całości publikacji w pliku .pdf
- na dole tej strony

 Bernard Nowak: Wyroby duchowe (0), 2010


Motto:
"wróci się dusza do swojego ciała,
Aby z spraw swoich rachunek oddała
"
(z pieśni śpiewanej na "pustych nocach")
Zrealizowano przy pomocy finansowej
Województwa Lubelskiego
Zrealizowano przy pomocy finansowej
Miasta Lublin





Bernard Nowak: Wyroby duchowe (1)



Wydawnictwo TEST
& Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, 2011
ss. 346,  ISBN 978-83-7038-012-3
wydanie pierwsze, Lublin 2011



Skład, łamanie i postscript - Piotr B. Nowak
Projekt okładki: Tomasz P. Nowak

Motto:
"wróci się dusza do swojego ciała.
Aby z spraw swoich rachunek oddała
"
(z pieśni śpiewanej na "pustych polach")

Zrealizowano przy pomocy finansowej Gminy Miasta Lublin
oraz Województwa Lubelskiego  *

* Ze względu na uchybienie formalne w sprawozdaniu
beneficjenta cofnięto - decyzją urzędników wydziału kultury
- czwartą część drugiej z dotacji.



Od autora (zamiast wstępu)

  "Wyroby duchowe" obejmują siedem lat życia w Lublinie, raz chudych, czasem bardzo chudych. Książka jest wyborem z prowadzonych mniej czy bardziej systematycznie notatek. Można powiedzieć, że jest daniem sporządzonym z różnych kawałków, gatunków, niekiedy okrawków. To swego rodzaju forszmak literacki, oparty na własnym przepisie - i tak wypada go traktować, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

  "Wyroby..." to dość niewinne pomieszanie prawdy i zmyślenia... Ich "chaos" jest zamierzony, zaś bohater, wbrew pozorom, nie jest tożsamy z bohaterem zapisków. Podobnie ma się rzecz z resztą. Z jednej bowiem strony "Wyroby..." dokumentują pewien czas, z drugiej odnoszą się do tego, co mogłoby się zdarzyć. Tak samo postaci; jedne istnieją, inne są wydumane. Byłoby dobrze, gdyby niektóre nie istniały w ogóle. :-) Równie umownie przedstawia się sprawa chronologii; próby zestawiania z czasem realnym zaprowadzą donikąd. Wskazane jest więc, by zarówno osoby, jak i zdarzenia traktować z dystansem, niekiedy z przymrużeniem oka. Są jednak w tomie rzeczy ujmowane serio. Czytelnik bez trudu osądzi, co na jaki traktament zasługuje.

  Tom zawiera sceny i opinie, które mogą się wydać drastyczne czy niesprawiedliwe. Z różnych względów odradzano mi ich umieszczanie. Nie posłuchałem tych życzliwych głosów, również z wielu względów. Mają dopełniać to, co chcę o bohaterze i jego świecie powiedzieć, o całym ich wzajemnym zaplątaniu. Skoro zdarza się to w realu, niech tu też będzie. Ostatecznie czytelnik może, podobnie jak w Internecie, zmienić stronę i czytać w innym, pozbawionym takich obrazków miejscu.

  Fragmenty "Wyrobów duchowych" były drukowane w miesięczniku "Twórczość", w "Akcencie", "Kresach", w dwumiesięczniku "Lublin", "Rzeczpospolitej", w "Gazecie Petersburskiej", czasem też w lokalnej prasie, jednak większość ukazuje się po raz pierwszy. Publikowane po zmianach, poprzekładane w nowe miejsca, znaczą coś innego niż mogły znaczyć kiedyś.
Bernard Nowak








Z tylnej okładki...

  Bernard Nowak (1950) - pisarz, wydawca i drukarz drugiego obiegu. Opublikował: "Cztery dni łazarza" (Instytut Literacki Paryż 1990) i "Taniec Koperwasów" (2003) oraz tom opowiadań "Smolice No 86" (2006). Druga powieść była nominowana do Paszportów "Polityki" oraz Nagrody im. J. Mackiewicza, otrzymała Nagrodę Artystyczną Miasta Lublina. oraz Nagrodę im. B. Prusa. Drukuje m.in. w "Twórczości" i "Kresach", "Akcencie". Przygotował (maszynopis) dwa tomy opowiadań "Trzy stówy za sztukę" i "My Lublin", pracuje nad powieścią "Apostoł Judasz". Wydał ponad 6O książek, m.in. Z. Herberta "Barbarzyńca w ogrodzie", J. Trznadla "Hańba domowa", Wł. Andersa "Bez ostatniego rozdziału", J. Baki "Uwagi", M. Sępa-Szarzyńskiego "Rytmy abo wiersze polskie" (obydwa z gwaszami J. Lebensteina), J. Potockiego "Rękopis znaleziony w Saragossie", P. de Laclos "Niebezpieczne związki" (ilustracje Frasnciszka Starowieyskiego), a także obszerny "Przewodnik Lublin". [Wcześniej], w drugim obiegu drukował m.in. książki Alaine'a Besancon'a i Gustawa Herling-Grudzińskiego, Stanisława Barańczaka oraz regularnie prasę związkową. Stypendysta ministra kultury w latach 2006 i 2011, członek Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, od maja 2005 t. prezes Oddziału Lubelskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

  Rozmawiam z Adrienem G., Francuzem, który zamieszkał w Lublinie i opisuje go w pełnych fantazji, wręcz surrealistycznych opowiadaniach. Mówię mu o "Wyrobach...", o czym będą i czemu się przeciwstawiają i wobec kogo są krytyczne. Że to nie tylko nasz kochany zaścianek, także to, co w Polsce. Że zahaczają o skandal, w tym obyczajowy, odnoszą się do historii, zaniechanych rozliczeń, że nie oszczędzają Kościoła... Na to Gros, kiwając ze zrozumieniem głową: "Aha, więc pisze pan testament".

(z części "Jesień")








  Z radością zapowiadam wieczór autorski Bernarda Nowaka połączony z promocją jego nowej powieści: "Wyroby duchowe". Radość bierze się stąd, że to dobra książka. Momentami bardzo dobra. "Wyroby duchowe" to poetycki dziennik pisarza, mieszkającego w Lublinie. Dziennik mocno zabarwiony poezją, wzruszającym erotyzmem, który niepostrzeżenie przechodzi w przemijanie si reportażowym opisem Lublina.

  Lublin raz jest bramą Wschodu, raz zapyziałym grajdołkiem w którym rządzą kulturalne kliki, raz prowincjonalnym miasteczkiem z Arnsztajnowej czy Czechowicza. W miasteczku Lublin, aspirującym do tytułu Europejskiej Stolicy Kultury wiele się dzieje. Bernard Nowak z precyzją i premedytacją wywołuje do tablicy znane nazwiska, opisuje autentyczne fakty i spotkania.

  "Wyroby duchowe" są bardzo zjadliwą powieścią. Dobrze doprawioną. Na ostro. Ale nie byłaby to książka dobra, gdyby Autor nie doprawił jej poezją. Fragmentami, zdaniami, myślami, notatkami skrzącymi się od metafor. Nie da się nowej książki Bernarda Nowak przeczytać za jednym razem.
Trzeba ją smakować. Jak życie...


Waldemar Sulisz, Dziennik Wschodni, 5 kwietnia 2011

 Dziennik Wschodni - winietka







Nowa książka Bernarda Nowaka

  Nowa książka Bernarda Nowaka ukazuje, jak rodzi się pisarz. To literacki notatnik, którym autor otwiera nowe milenium, nowe czasy dla siebie i dla Polski. Jednakże "Wyroby duchowe" rozczarowują, pisarz zmienia się w ideologa.

  Bernard Nowak, znany wcześniej raczej jako wydawca, a jeszcze wcześniej drukarz podziemny, wydał dwie powieści, "Taniec Koperwasów" (2003, nominowany do Paszportu Polityki i nagrody imienia Józefa Mackiewicza), za który autor dostał Nagrodę Artystyczna Lublina i Nagrodę Literacką im. Bolesława Prusa, oraz "Smolice no 86" (2006). Właśnie ukazała się trzecia książka Nowaka, "Wyroby duchowe", rzecz odmienna w formie od tamtych, bo oparta na zasadzie literackiego notatnika zdolnego pomieścić bodaj wszelką stylistykę i tematykę.

  Można powiedzieć, że treść "Wyrobów" wyprzedza sama siebie. Pojawia się już na stronie przedtytułowej. Czytamy tam bowiem informację podaną sporej wielkości czcionkami, że książkę "zrealizowano przy pomocy finansowej Gminy Miasta Lublin oraz Województwa Lubelskiego", ale "ze względu na uchybienia formalne w sprawozdaniu beneficjenta cofnięto - decyzją urzędników wydziału kultury - czwartą część drugiej z dotacji". Tak już będzie w tej książce, że żale nad systemem dotacji dla dzieł literatów i utyskiwania na związaną z tym biurokracją sąsiadować będą z rozważaniami o sfilcowanym Witoldzie Gombrowiczu oraz z westchnieniom nad Bożanną, która jest "jedyną brunetką wśród moich kochanek". Formuła notatnika została przez Nowaka świadomie wykorzystywana i nie wstydzi się on pewnego rodzaju taryfy ulgowej, jaką mu ona zafundowała kiedy podaje, że w rozpoczętych z początkiem wieku i nowego milenium zapiskach chodzi o wyrobienie w sobie przymusu i nawyku samego pisania.

  Notatnik to zatem ćwiczenia, nieustająca rozgrzewka przed wielką literaturą. Nowak nie kryje ambicji i zamiarów. Chce w literaturze "przełamywać własne przyzwyczajenia językowe, sposób pisania, ograniczenia wyobraźni". Zarazem chce w czytelniku wywołać katarktyczny wstrząs: "Nie imitować, jak to robił Broch, Mann, Schulz, Cortazar, Marquez - ale znaleźć pokłady prawdziwe. Dzięki temu będzie można przejść przez powieść jak przez myjnię bezdotykową, która wielkimi szczotkami odświeży duszę".

  Jednakże w samych "Wyrobach duchowych" ani śladu "myjni bezdotykowej" pokonującej ograniczenia wyobraźni literackiej. Nie, przepraszam, jednak przykłady są, mianowicie w postaci wpisanych w "Wyroby Duchowe" fragmentów m.in. z wymienionych powieści oraz z tej planowanej, o Judaszu. Niewątpliwie jest to literatura wysokiej próby, jednakże w zestawieniu z notatkami codziennymi fragmenty te wydają się czymś, co wyszło spod pióra (klawiatury) innego autora. Co więcej, a właściwie co gorzej, notatki te deprecjonują ową literaturę, ujawniają bowiem, iż powstała ona jako efekt niebywałego oczyszczania i preparowania słów i sensów do tego stopnia, że całość przypomina po prostu doskonały mechanizm skomplikowanego prozatorskiego zegara.

  Dlaczego tak się dzieje? Bo oprócz próbowania talentu, prowadzenie notatnika wymaga zdecydowania się na jakiś rodzaj szczerości wobec siebie i czytelnika. Tymczasem Nowak szczery raczej nie jest. Zbyt wiele w nim z Narcyza, dlatego nie potrafi o sobie napisać nic ponadto, ale za to kokieteryjnie, że się starzeje, czuje się samotny, i że nie ma twórczości bez samotności, a z drugiej strony poczucie jakiejś transcendencji dać może, wprawdzie bardzo rzadko, ale jednak udany stosunek płciowy. Kiedy zawiadamia czytelnika o ważnych decyzjach, jak zerwanie z Kościołem, brak mu słów, bo nie wie, jak ma być szczery.

  Chyba że o to właśnie chodzi, aby pokazać taką niezborność, wahliwość, niezdecydowanie, nawet bezradność także w języku i stylu - i że to jest ten cień, jaki nam nie tylko w twórczości nieustannie towarzyszy. A jednak nie podejrzewam Bernarda Nowaka o taką konceptualną przebiegłość. Zastanawiając się nad erotyką pisze: "Czy możliwy jest opis realistyczny, a jednocześnie bez pornografii? Czy da się wkroczyć w tę sferę i znaleźć dla niej język, czy też jesteśmy tu skazani na milczenie? Jeżeli tak, to umykają nam rzeczy najważniejsze". Zestawiając Fryderyka Nietzschego jako autora "Tako rzecze Zaratustra" z Sokratesem, pierwszego nazywa ojcem demagogii, drugiego - że to w sensie nauczania grecki Jezus. Natomiast dokonania pokolenia nie wymienionego z nazwiska Janusza Palikota miażdży taką krytyką: "Skazujemy się w oczach świata na pośmiewisko. Jakbyśmy tylko do tego byli zdolni. Pozwolić, by na wierzch wypływało gówno". Za łatwo takie pytania i stwierdzenia padają, są albo za banalne albo zbyt pochopnie.

  W końcu chyba autor dochodzi do wniosku, że niewiele z codzienności przez siebie opisywanej wyciśnie, dlatego pod koniec książki strzela w czytelnika tematami - a jakże - bulwersującymi. Najpierw wyżywa się na Kościele, który nie oczyścił się ze zdrady i wobec tego nie może być dzisiaj przewodnikiem duchowym, i moralnym, przynajmniej dla autora. I znowu: czy nie za łatwo te oceny padają? Przecież ich autor zajmując się Judaszem wie jak bardzo wiele z tego, co pewne, nie jest jednoznaczne. Tak czy siak, oto wychodzi ideologiczne szydło z pisarza, wygrywa i na wierzch wypływa jego temperament polityczny i natura agitatora.

  "Ciocia Jadwiga została zesłana z dzieckiem do Oświęcimia. Niemcy podejrzewali ją (słusznie) o przynależność do AK. Przeżyła obóz, nie przeżył syn" - opowiada historię jednej z bohaterskich kobiet Lubelszczyzny. "Po powrocie do miasteczka znów działała w podziemiu. Jednocześnie ukrywała żydowskiego chłopca, którego adoptowała. Skończyła się wojna i weszli Sowieci, ciocia Jadwiga działała nadal. Roznosiła pocztę, utrzymywała kontakty z WiN, w jej domu odbywały się spotkania. Grupa wpadła dlatego, że zadenuncjował ich ten adoptowany chłopak. Czterech z oddziału rozstrzelano na posterunku MO, zwłoki wrzucono do bagna. Ciocię Jadwigę skazano na sześć lat więzienia".

  Jaki z tego wniosek? Nowak pisze: "Gdy robi się polityczne geszefty na Jedwabnem, może warto też pamiętać o takich historiach jak ta z miasteczka Ryki".

  Ależ pamiętamy, ale od pisarza oczekujemy komentarza, tymczasem jego brak wypada żenująco - jako aprobata znanej walki na wyliczanki ofiar.

  "Wyroby duchowe" płatają Nowakowi figla. Ma wszakże rację spostrzegając, że pisanie to czarowanie - czarowanie także siebie. Bywa, że przede wszystkim siebie.

Grzegorz Józefczuk
Gazeta Wyborcza w Lublinie, 20 marca 2011 r.

 Gazeta Wyborcza Lublin - winietka










"Wyroby Duchowe" Bernarda Nowaka po raz pierwszy w Rosji

  Bernarda Nowaka gościliśmy już na łamach Gazety (wywiad Stanisława Karpionka przy okazji wydania książki Tamary Pietkiewicz "Jak bucik bez pary" – numer specjalny, 2010). To jego staraniem i dzięki determinacji w pracy ta książka znalazła swoich czytelników w Polsce (redakcja i przekład na język polski). Jeszcze raz serdecznie dziękujemy. Bernard Nowak jest znanym polskim pisarzem, autorem wielu cenionych książek (min. "Taniec Koperwasów"). Proponujemy Państwu fragmenty-notatki z "Wyrobów Duchowych". Zapraszamy do lektury. Dodam, że w "Wyrobach Duchowych" Bernard Nowak zamieścił wywiad Stanisława Karpionka i niezwykle ciepło wyraził się o naszym miesięczniku. Zapraszamy do lektury i wraz z bohaterem lirycznym Autora powracamy myślami do umownego roku 2000...

TK., Gazeta Petersburska, 2010 № 7-8 (121-122)

Gazeta Petersburska - winetka




Londyn, czwartek 28 grudnia 2000. Noc


  Siedzę w ciemnościach na kanapie. Obok, na foteliku, pochrapuje Pio. Przez zasłonę pada na kartkę trochę światła. Po omacku i kulfonami zapisuję te słowa – czy zdołam je potem rozczytać?

  Pojutrze ostatni dzień roku, stulecia, nawet tysiąclecia. Jako dziecko myślałem, ze ta data będzie czymś szczególnym, zaś ja będę wtedy stary. Dziś wiem, ze w życiu nie zdarza się nic szczególnego, zaś człowiek nigdy nie jest stary i nigdy nie ma dość. Osiemdziesięcioletnia kobieta, na uwagę, ze sporo przeżyła, mówi: «Tyle tego, synku, było, jakby kto drzwi odemknął i zaraz je zamknął».

  Koniec i początek, patos i smutek. Myśli, jakie się w takich chwilach nasuwają, są zawsze takie same: co przyniesie nowy rok i co zdołam zrobić. Jak go wykorzystam. Stąd, z «emigracyjnej» perspektywy, mam wrażenie, ze lepiej widzę, co dla mnie najważniejsze. Czego się trzymać, a co traktować jak duperele. Co zrobiłem z mijającym rokiem. Czy nie rozgrzeszam się z lenistwa, gdy z uśmiechem mówię niczym dziad krowie: trzeba się pogodzić, ze nigdy nie osiągniemy tego, co nam się w głowach mamiło i ze spokojem przystawać na to, co jest.

  Nie czynić planów, poza jednym: notować. Opatrywać notą każdy dzień, choćby kilkoma zdaniami. To może okazać się wszystkim. «Pisz codziennie – radził mi dziewięćdziesięcioletni Józef Czapski. – My nie wiemy, co jest ważne. Wiec zapisuj, co się da – obejrzysz to sobie potem».

  Pio otwiera oczy. Patrzy, pada na poduszkę i śpi dalej. Przywykł do moich dziwactw. Kilka nocy wcześniej zobaczył mnie trzymającego w ciemnościach książkę: «Tato, zapal światło, przecież nic nie widzisz».

  Po południu wyprawa do Greater London. Kupujemy niewiele. Maryla twierdzi, ze ceny w sklepach są porównywalne z polskimi, czego nie można powiedzieć o pensjach. Po tych uwagach kupuje mi noworoczny prezent: digital voice recorder, cyfrowe maleństwo, na którym można zapisać osiem godzin rozmów. Dorzuca jeszcze kawę rozpuszczalną i papierosy, bo twierdzi, ze polskie to podróbki. «Ta cała Polska to jedna wielka podróba».

  To, co wyczuwa się w powietrzu: każdy kraj ma swoje pole wolności i prawa, które te wolność regulują. Tu, mam wrażenie, jest jej więcej, mimo ze obydwa państwa zaliczamy do wolnych. I ludzie czują się u siebie o wiele bardziej niż tam, nad Wisłą i Bystrzycą. Czy ja sam zachowuję się swobodniej tylko dlatego, ze korzystam ze statusu gościa-turysty?

  Nowoczesność i czas. Gdy pojawiły się kalkulatory, Tomo obliczał, kto kiedy umrze. «Tata w dwa tysiące dwudziestym, mężczyźni żyją krócej. No, plus dwa lata pod kroplówką. Mama – kalkulował dalej – w dwa tysiące dwudziestym siódmym. Ja nie dożyję dwudziestki, wybrańcy bogów umierają młodo». Ale, zreflektowawszy się, skorygował: «Dwadzieścia jeden, chcę zobaczyć nowe tysiąclecie... A ty – zwrócił się do brata – jako najzdrowszy w rodzinie, dożyjesz setki».

  Na to mały Pio z płaczem: «Ja nie chcę! Wy sobie umrzecie, a ja będę musiał żyć sam!...»

Sylwester

  Przy stole mama, Maryla, Renata, Paweł i czupurny Francesco. Rozmawiamy, przeciągamy kolację czekając na północ. Telewizor włączony, by nie przegapić wyjątkowego, raz na tysiąc lat, momentu. Moment nadchodzi. Sięgamy po lampki. Na ekranie pojawia się zegar. Minuta, czterdzieści sekund, piętnaście. Zaczyna się odliczanie.

  Jest!… Strzela korek, bije Zygmunt, do akcji wkracza Chopin. Życzenia, ucałowania, uściski. Za chwilę będzie słowo do Narodu. Do Polonii, która czeka na nie jak Żydzi na mannę.

  Ale co to? Poza sylwestrowymi hałasami w telewizorni cisza. Nikt się w okienku nie pojawia. Nie ma nawet spikerów. Na twarzach zebranych pojawia się wyraz zawodu.

  I wtedy Francesco, który zna kilka polskich słów, mówi głosem spokojnym i niskim: «Pierdoluny Polska».

1 stycznia 2001

  Rzeczpospolita jednak przemówiła. Ustami prezydenta. Który wygłosił orędzie. Powiedział, że obok trudności są powody do dumy. Bo mamy Małysza. Pan Bóg karze na bieżąco: w Noworocznym Konkursie skoczek przegrał. Może to jednak nie Bóg – może to żart pana Adama?…

* * *

  Wyjazd do kościoła. W tłumie coraz mniej siwych głów, za to dużo Polski nowej – pewnych siebie plebejuszy. Są jak spuchnięci, coś ich, panie, rozpiera. Dopchali się do dobrobytu. Bardzo nam naród zbrzydł, tu widać to najlepiej. Stara emigracja mówi o nich: Polactwo.

  W kościele nowość: Cyganie. Przychodzą całymi rodzinami, z wyraźną potrzebą znalezienia się we wspólnocie. «Polactwo» tego nie odczytuje – albo odczytuje, lecz nie chce się łączyć. Kto jednak wie, może to tamci nie chcą?

  Wskazuję na starych i wyjaśniam Pio, ze to ludzie spod Monte Cassino, z łagrów i wyrzuceni na angielski brzeg marynarze. Jak pan Rulaf. Pio patrzy z roztargnieniem: «Ojciec znów swoje...».

  Jak mu powiedzieć, by wysłuchał? I mam to mówić ja, który niezbyt lubię Polaków ani ten kraj? Więcej: w głębi ducha, nie bardzo lubię nawet tych oszukanych przez Historię. Rozumiem i współczuję, gotów jestem wysłuchiwać, ale nie lubię. Jakby nie było we mnie naturalnej, plemiennej sympatii, i to ani krzty. Czy tylko z powodu odruchu, też naturalnego, by nie identyfikować się z ofiarami – czy też jest w tym coś więcej? Może sam fakt, ze pochodzą z Polski, mimo że innej, nie pozwala na przyłączenie się w modlitwie do pokiereszowanego Boga?

Środa

Siedzimy wokół stołu, cała piątka. Mama pośrodku, ja naprzeciw. Rozmawiamy, ale z umiarem.
– No i jak – pytam. – Podoba się mamie ta ostatnia?
– Żebym wiedziała, to bym się wcześniej wzięła. To jeszcze ładniejsze niż «Karenina…»
– Mówiłem.
– Mówiłeś, ale myślałam, ze to dla mądrzejszych – bo i nazwisko mądre… Ile ten pan miał lat, jak umarł?
– Pięćdziesiąt siedem.
– A dawno?
– Ze sto pięćdziesiąt.
– Byli, mój Boże, i wtedy mądre ludziska…
– Po «Panu Tadeuszu» dam mamie «Colas Breugnon».
– Wszystko tak mu się ładnie składa, że naprawdę. A tego «Kole» czy jak mu tam, to chyba czytałam. Najpierw muszę skończyć te. A jak skończę, wiesz, co zrobię? Zacznę od nowa.

* * *

– Gdy mój ojciec, którego prawie nie znałam, wrócił z pierwszej wojny… a może japońskiej, nie jestem tego pewna, wtedy były same wojny. Gdy więc wrócił, wkrótce potem przyszedł na świat Edek. Ale nim się urodził, ojciec był u spowiedzi. Wyznał, co miał na sumieniu, skończył, a ksiądz nachyla się do kratki i mówi tak:
– Piotrze, twoja Teosia przy nadziei?
– Ano tak, proszę księdza.
– A ile masz, Piotrze, mórg?
– Siedem, proszę księdza.
– Dzieci też siedem?
– Tak, proszę księdza.
– I co im dasz, gdy podrosną – po mordze piasku? A teraz będzie ósme. (Ja byłam dziesiąta).
– Tak, proszę księdza.
– Powtarzasz «Tak, proszę księdza, tak, proszę księdza…». Zamiast powtarzać, może byś się wystrzegał, co?
(Tak to się wtedy mówiło: «Wystrzegać się»).
– Proszę księdza, tak jakoś wyszło – odezwał się ojciec. – Ja do żony z żartami, a Pan Bóg od razu z duszą.
My się śmiejemy, a mama dodaje:
– Kiedyś to się człowiek chociaż nagadał… Teraz siedzi tu i liczy angielskie samochody… W Iławie my się spotykały, cztery stare kobiety, siadały sobie w kupce i rozmawiały. A teraz co? Jedna umarła, jedna się wyprowadziła, jedna nie wie o Bożym świecie. Tyle zostało.

* * *

– Teraz coś ci pokażę – mówi mama.
– Co?
– Ten mój ancug.
– Jaki ancug?
– No ten ostatni.
– ???
– Do trumny.
– Mamo...
– Musisz przez to przejść – wtrąca Renia – Nie ma przeproś.
– Żeby aby nie wyszedł z mody – martwi się mama.
– I żebyś nie wyrosła – dodaje Renia. – A buty trzy razy zmieniane. Bo niewygodne.
Mama przegląda się w lustrze.
– Ładny ten żakiet. Od Spencera na tamten świat.

Środa, w nocy

  Przyśnił mi się Słonimski. Siedział przy kawiarnianym stoliku. Podszedł ktoś powiedzieć, że pan Antoni chciałby mnie poznać. Ale nie miałem ochoty. Nie poszedłem, bo nic z jego rzeczy nie czytałem – jeden wiersz z lektur i chyba którąś z recenzji. Dotyczyła sztuki, której nie miałem okazji widzieć.

  To przykład zmarnowanego talentu. Rozmienił się na drobne i nigdy nie zdecydował się napisać czegoś większego. Oni, Skamandryci, odcisnęli na literaturze piętno, ale była to przede wszystkim przemiana obyczajowa. Należało być au courant, mówiło się o nich w towarzystwie, lecz myślowej rewolucji nie wnieśli.

  Ostatni dzień w Londynie. Powoli zbieramy porozkładane po pokoju rzeczy. Wracam do Polski, do «tego» kraju. Jak to wszystko, ta cała Polska, szybko odpłynęło – jak łatwo wyparowały nam z głów wszystkie tamte sprawy. Te emocje, złości, niechęci, którymi jest się nafaszerowanym niczym wigilijny karp. Teraz trzeba się będzie znów do tego przyzwyczajać. Także starać się o spokój, by nie popaść we frustracje czy jakieś paranoje.

  Chciałoby się żyć w normalnym kraju, ale tam to takie trudne. «Ten» naród, «ten» kraj. Zwracają mi uwagę i każą mówić: «nasz kraj», «nasz naród». Dobre sobie!… Wolę w tym względzie posłuchać Gombrowicza. A poza tym, czy można zmuszać do miłości, gdy serce nie wybierze? Moje wybrało stan poza narodem i krajem. Jest mi z tym dobrze, nie zamierzam wprowadzać zmian. Ów stan, te krecie korytarze, mogą się jeszcze kiedyś przydać.

  Dobrze to wyczuł Andrzej, mówiąc, ze przebywam w Polsce na emigracji. Takiego statusu, emigranta, właśnie by się chciało. To nic nowego: być «poza», w niczym i z nikim do końca. Jeśli, to w sobie (choć i z tym trzeba uważać). Więc nie zajmować się tym za bardzo, ta nasza Polska (Hłasko do Giedroycia: «Wuju, a chuj im w dupę!...»).

  Zająć się swoim. Przede mną «Taniec Koperwasów», sprawa pracy, mieszkania oraz pisanie eseju o Judaszu.

(...)
Bernard Nowak









Józef Franciszek Fert

Nareszcie!
(Nad Wyrobami duchowymi Bernarda Nowaka)

  Wydawnictwo Test obdarzyło nas ostatnio książką pierwszorzędną (1). Nie chcę przez to powiedzieć, że spółka wydawnicza SPP Oddział Lublin - Wydawnictwo Test nie ma w katalogu swych osiągnięć rzeczy prawie równie ważnych (a może i ważniejszych, przynajmniej ilościowo...), jak poświadcza bezinteresownie zgromadzone przez Bernarda Nowaka pod koniec jego dzieła, które omówię za chwilę, zestawienie produkcji literackiej lubelskiego oddziału SPP w latach 2000-2010, w które i moje co poniektóre wyroby się wcisnęły. Zaskakująca szczodrobliwość w tych czasach powszechnego egocentryzmu!

  Mówić chciałbym o wydarzeniu literackim zaaranżowanym przez konkretnego twórcę, nie zaś o "wyrobach duchowych" pisarskiego Oddziału, zakorzenionego od jakiegoś czasu na bruku Starego Miasta (głównie na ulicy Złotej, czyli na piersiach Józefa Czechowicza, tj. Muzeum jego imienia, a uprzednio - stworzonego przezeń, tj. Józefa Czechowicza wespół z Franciszką Arnsztajnową - Związku Literatów Lubelskich (2), do którego próbują nawiązywać współczesne organizacje pisarskie). Prezes lubelskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich wart jest uwagi po pierwsze jako autor, jako pisarz, no może nawet jako naczelny chudy literat na nie najobfitszej w talenty lubelskiej rędzinie...

  Mówię od jakiegoś czasu o książce Bernarda Nowaka, zatytułowanej obiecująco: Wyroby duchowe, a wydanej przez skleconą prawdopodobnie naprędce lubelską oficynę wydawniczą TEST-SPP... Rzecz godna uwagi z tak wielu powodów, że nawet obawiam się o zachowanie "dyscypliny krytycznej", która nakazuje, by recenzja książki nie przekraczała objętością omawianej pozycji.

  Ale najpierw muszę się wytłumaczyć z tytułowego okrzyku: "Nareszcie!" - to zamierzona, acz może nazbyt gwałtowna ewokacja domniemanych marzeń wielu pokoleń krytyków, którzy z tęsknotą i nadzieją wyczekiwali i wyczekują na objawienie prawdziwego dzieła polskiej prozy - bodaj od czasu ukazania się Lalki, czyli od roku 1889 (tu podałem datę końca publikacji arcydzieła "w odcinku" w warszawskim "Kurierze Codziennym", edycji stosunkowo nieznacznie okaleczonej przez ruską cenzurę) lub, jak kto woli, od 1890, tj. od książkowego wydania "naszej" arcypowieści, nota bene w tej wersji bardzo przez cenzurę sponiewieranej (3). Nie bez przyczyny odwołuję się do Bolesława Prusa. Nie myślę tymczasem o Lalce jako potencjalnym kontrapunkcie dla "wyrobów" Nowaka, ale raczej o Prusowych Kronikach tygodniowych, które przecież stały się dla tego genialnego pisarza niejako punktem odbicia dla późniejszego arcydzieła polskiej literatury prawdziwej, czyli wspomnianej wyżej Lalki. Tu musi się pojawić odwieczne "niestety" (tu na prawach książęcego zawołania: "Biedny kraj..."): jak to możliwe, że Bernard Nowak (dobry rocznik 1950) nie miał tyle szczęścia w wolnej Polsce, co Bolesław Prus w Polsce przez prusko-habsbursko-moskiewską zachłanność zniewolonej, by swoje "kroniki" (dzienno-tygodniowo-miesięczno-roczne) drukować systematycznie (4) w jakimś poważniejszym czy mniej poważnym organie myśli obywatelskiej, prowokując do dyskusji, polemik, krytycznego myślenia czy nawet "honorowych" pojedynków (u nas dziś raczej na "szklanki" niż "szable", ale zawsze...). Swoje codzienne myśli, nocne obsesje i koszmary zebrał oto pod jednym dachem i niczym zaporę ogniową postawił przed Bogu ducha winnym, bo nieprzygotowanym do szturmu generalnego czytelnikiem. Oto masz przed obliczem swoim wyroby mego ducha, przemyślane, przecierpiane, przepite i prze... w długie noce żywota mego niejako niepotrzebnego. Larum, MPanie Królikowski, Rotmistrzu nasz nadobny, larum w okopie!

  No i mam coś większego niż cotygodniowe kronikarskie zrzędzenie. Duże, ponad 330 stron liczące dzieło (i to jako "tom pierwszy"). Nie mogłem sobie darować ani joty, ani kreski tego gargantuicznego odbicia współczesności. Mimo że to rzeczy szarpiące samą wątrobę starego człowieka nowoczesnego i jakoby z nowoczesnością pogodzonego. Bo tu mu się zjawia jakiś "nowak" i krzyka: "A zasię!" Ja mu też do rymu: "tu... tu... mój bobasie!". I płonie łąka zeszłorocznych badyli, i gra orkiestra dęta z Motycza, a ponad nami, zaspańcami, grad nieziemski łąkowych motyli...

  Poważniej, poważniej... Nowak jest na tropie, a może nawet na ścieżce podchodzenia do prawdziwej powieści współczesnej. Żeby mu tylko starczyło cierpliwości, wytrwałości, pracowitości. Tych cnót akurat nie posiada, ale przecież - jak mawiał mistrz Zagłoba - jak Bóg dopuści, to i z kija (niekiedy i z Kijan!) wypuści.

  W obecnym stanie rzeczy obcujemy z tomem pierwszym Wyrobów duchowych, a jeśli autor serio traktuje napis końcowy swej kroniki: "Koniec pierwszego tomu" (s. 331), to za czas jakiś pojawi się coś na miarę naszych czasów, co zdoła je opisać i przekroczyć, jak - daj Boże! - Lalka Bolesława Prusa.

  Daruję sobie tymczasem wysiłki nad wyrobieniem definicji samej rzeczy pisarskiej, ładnie między błękitnymi sztandarami okładek rozwiniętej. Mojej decyzji niechaj patronuje Mistrz Miron, który swymi "zanotami" poetycko-niepoetyckimi podbił mą wyobraźnię przed wielu laty. Wolę ten model wspólnego (z czytelnikiem) myślenia niż np. niby-dziennik Mistrza Witolda, który zbyt mocno trąci lampą, a równocześnie bardzo pragnie mnie uwieść... Hmmm, zachowałem się oto jak jeden z bohaterów Wyrobów:

  [...] otwieram stronę internetową młodego poety i czytam artykuł o Miłoszu. Wszystko zaczyna się kulturalnie i grzecznie... aż trafiam na taki passus: "Mimo że nie zgadzałem się z nim w wielu kwestiach kulturowych, politycznych, filozoficznych i ściśle literackich, jego cień zawsze padał na moje wiersze". Hm, ładna przymiarka [...].

  Ja nie chciałem się wymądrzać! To Nowak mnie podpuścił. Ale się rzekło, no i uciekło.

  Zresztą sam narrator (a zarazem gospodarz notatek) tak się zwierza na s. 106-107:

  Człowiek rodzi się niewolnikiem. Jest niewolnikiem naturalnym, który w miarę lat z trudem przebija się od natury do wolności. Krishnamurti mówi o wolności od znanego, konieczności ciągłego zostawiania za sobą poczwarki. Proces to nieskończony, bo ilekroć się wyzwolimy, miękka wolność niezauważalnie zastyga w chitynę - którą znów trzeba pozostawić. I tak życie usłane jest niezliczoną ilością pancerzyków, duchowych wyrobów, zalegających trakty i ścieżki.

  Do przywołanego tu Jiddu Krishnamurti (1895-1986), indyjskiego filozofa, którego wizja unosi się nad książką Nowaka, chciałbym dorzucić wykładnię jego myśli:

  Krishnamurti nauczał o konieczności osiągnięcia «prawdziwej wolności» przez uwolnienie się od różnorodnych religijnych i racjonalistycznych systemów, od wszelkich autorytetów, które «przeszkadzają poznać prawdę», zmuszając do działań w imię przyszłości, kierując się przeszłością i omijając teraźniejszość, swoje prawdziwe istnienie. Celem jest znalezienie prawdziwego istnienia przez bezpośrednie przyjęcie, samodzielne odkrycie i przeżywanie prawdy przez każdego indywidualnie. [...]. Jedynie bezpośrednie przeżywanie prawdy, jedności z rzeczywistym bytem jest prawdziwym skarbem, który niesie wyzwolenie od stworzonych przez ludzi umowności (np. dogmatów, rytuałów, przynależności do pewnych grup, państw). (5)

  Sapienti sat!

  Proza Bernarda Nowaka poddana została imperatywowi "ostrego montażu". Dla współczesności jest to bodaj jedyna skuteczna metoda przekazu. Nasz Wyrobnik operuje nią na różne sposoby i najczęściej perfekcyjnie. Nie jest przy tym imitatorem niczyjej metody literackiej, aczkolwiek w korzeniach jego mowy znajdziemy tradycję od Platona do Białoszewskiego. Jednym słowem - największych mistrzów myśli i słowa! To jednak powierzchnia sprawy. Próbowałem na początku czytać tę Nowakową sylwę tak jak na dzieło sylwiczne przystało: od sasa do lasa (wiem, że poprawnie powinno się pisać: od Sasa do Lasa, ale mnie chodzi raczej o wydźwięk potoczny tego porzekadła, niż historię sporu pomiędzy dwoma "równoczesnymi" królami polskimi epoki saskiej: Augusta II Mocnego - Sasa - i Stanisława Leszczyńskiego - Lasa; wiadomo, czym to dwukrólewie się skończyło i oby nas to czegoś nauczyło!). Nota bene Nowak nie rozpieszcza czytelnika dyrdymałkami w poczytnym stylu: "jedna pani powiedziała...", choć raz po raz karmi nas również takimi "kawałkami", podsłuchanymi a to przez sufit apartamentowca, który zasiedla wraz z gromadką podobnych do siebie dziwactw, a to w autobusie, a to na przystanku, a to... Nowak namiętnie podsłuchuje, słucha i ogląda, a pisząc swój donos do Nieskończoności, uwalnia nas i siebie od chitynowych skorupek przemądrzałości, pozoranctwa, złej woli i głupoty. Nie to smaczne mięsko jest jednak głównym składnikiem Nowakowego bigosu, o, nie! Nowaka trapi przede wszystkim problem zdrady jako zagadnienia towarzyskiego, politycznego, religijnego czy wręcz metafizycznego. Przemyca swój problem raz po raz i wtyka między poczciwe "zanoty" z naszego codziennego uganiania się za chlebem i D-M. Można powiedzieć, że gotów jest złożyć swe dzieło na ołtarzu nieprzetłumaczalnej obsesji judaszostwa.

  Na czym więc polega uwodzicielski urok książki Nowaka? Dlaczego po przekartkowaniu (oblizaniu) w paru miejscach tego "wyrobu" zasiadłem do systematycznej lektury, cisnąwszy w kąt stokroć pilniejsze prace? A nawet wziąłem się do rzeczy niebywałej - do poważnego zrecenzowania Wyrobów? Po pierwsze opowiada o tym, co dzieje się w nas i wokół nas dziś i trochę dalej (w przeszłości, w przyszłości, we śnie...). Co prawda zachowuje się tu nieco po cygańsku, wróżąc z ręki, ze snów i portfeli (niepełnych, to oczywiste, jako że chudoliterackość nad Wisłą i Bystrzycą, to naturalna nasza narodowa przypadłość). Opowiada językiem oszczędnym, ale na tyle obrazowym, by najprostszy czytelnik jednorazowej gazety zrozumiał, o czym mówi, przynajmniej w 31 proc., to jest w zakresie pozwalającym uzyskać świadectwo "dojrzałości". Co najdziwniejsze, mimo obrzydliwej skłonności do wulgaryzmów itp. gadżetów językowych, proza ta, przypuszczam, nie odstręczy od lektury nawet tak wydestylowane duchy jak dr hab., prof. nadzw. itp. (myślę, że niezależnie od przynależności korporacyjnej onych uczonych...).

  Najważniejsze zostawiłem do tego akapitu. Nowak - autor słynnego Tańca Koperwasów - nie jest pisarską sknerą i miast machnąć dla pożytku czytelników (i własnej chudoliterackiej kiesy) w ciągu przywoływanej tu wielekroć dekady literackiej co najmniej dziesięć smakowitych powieści obyczajowych (tzn. niekoniecznie obyczajnych), ulepił jedną jedyną pigułę wielowątkową i puścił ją w dół na nasze głowy niczym zalążek alpejskiej (tatrzańskiej?) lawiny śnieżnej... byśmy zginęli lub wytrzeźwieli.

  Tak tedy wylazł z naszego autsajdera, naszego klerka, potomka Frania Wijona czy jak tam zwać - najzwyczajniejszy moralista. Ja się nie dziwię. W końcu noblige oblige, ja też - jak Nowak - studiowałem na szacownej i pierwszej po starszeństwie akademii lubelskiej najważniejszy kierunek, czyli polonistykę (ciocię-moralistkę). I mnie obowiązuje odwieczny dylemat: jak pogodzić się z nieszczęściem Judasza...

  Książka Nowaka przede wszystkim jest "o tym": jak zrozumieć, wytłumaczyć, uczuć, że wśród najbliższych Zbawiciela był też (a może ciągle jest) Judasz? Jak żyć z piętnem "judaszostwa" w świecie zbawionym?

  Po co po historii zbawienia buszuje Judasz?

  No po co? (6)




PRZYPISY

(1) Bernard Nowak, Wyroby duchowe. Tom pierwszy, Wydawnictwo Test & Stowarzyszenie Pisarzy Polskich,
Lublin 2011, s. 346.

(2) Mowa o przedwojennej organizacji literackiej: Lubelski Związek Literatów, którego początki - zainicjowane działalnością organizacyjną Stefana Żeromskiego (Związek Zawodowy Literatów Polskich, maj 1920) - zaowocowały w Lublinie powołaniem stowarzyszenia literackiego o nazwie Lubelski Związek Literatów (maj 1932), który z czasem włączył się w miejscową "mocniejszą" strukturę regionalną, tj. w Lubelski Związek Pracy Kulturalnej (1934 r.). Obszerny i dobrze udokumentowany wywód na ten temat przedstawił Józef Zięba w szkicu: 50 lat życia literackiego w Lublinie, w zb.: Lublin literacki 1932-1982. Szkice i wspomnienia, red. W. Michalski, J. Zięba, WL, Lublin 1984, s. 5-59.

(3) Więcej o losach dzieła wydanego na pastwę carskiej cenzury dowiedzieć się można z artykułu Józefa Bachórza:
Nad tekstem «Lalki», w tenże: Spotkania z «Lalką». Mendel studiów i szkiców o powieści Bolesława Prusa, słowo/obraz/terytoria, Gdańsk 2010, s. 317-336.

(4) Autor w słowie wstępnym wymienia wprawdzie kilka tytułów gazet i czasopism, w których drukował fragmenty swego notatnika, nie zmienia to jednak istoty rzeczy: Wyroby jako "całość" (o ile taka całość daje się pomyśleć) mają zupełnie inny sens i "wydźwięk" niż te skromne ochłapki, które pospadały z suto zasłanego stołu Nowaka do różnych "organów" w ciągu dziesięciolecia - jeśli wierzyć przewrotnemu kucharzowi - 2000-2010. Tę sugestię podtrzymuje umieszczony na końcu książki autorski (B. Nowaka) zestaw bibliograficzny (ok. 150 tytułów!) pt. Publikacje autorów - członków Stowarzyszenia Pisarzy Polskich Oddział w Lublinie, które ukazały się w latach 2000-2010, tamże, s. 333-341.

(5) Zob. hasło autorstwa L. Borowskiego, O. Łucyszyny, M. S. Zięby w: Powszechna Encyklopedia Filozofii, t. 6: Kr-Mc, red. A. Maryniarczyk i in., Polskie Towarzystwo Tomasza z Akwinu, Lublin 2005, s. 65-66.

(6) Ks. Marek Starowieyski we wprowadzeniu do apokryficznej Ewangelii Judasza powiada: "Jaka była przyczyna zdrady? Nie wiemy. Wydaje się jednak, że było to załamanie wiary w Jezusa, skoro [Judasz - przyp. J. F.] dowiedział się, że ma On umrzeć haniebną śmiercią na krzyżu. Pismo Święte nie mówi jednak nic na temat zbawienia czy potępienia Judasza, natomiast temat ten jest nachalnie wciskany przez teologów forsujących swoje dziwaczne teorie i szukających sensacji dziennikarzy. Wydaje się, że wobec tajemnicy Judasza [i jego - przyp. J. F.] zdrady najlepiej jest zachować po prostu milczenie...": apokryf Judasz. Wstęp ogólny, w: Apokryfy Nowego Testamentu. Apostołowie. II, cz. 2, red. ks. M. Starowieyski, Wydawnictwo WAM, Kraków 2007, s. 881.

Józef Franciszek Fert

Recenzja prof. J. F. Ferta pochodzi z dwumiesięcznika "Lublin. Kultura i społeczeństwo",
nr 1-3 (37-39), 2011, s. 80-82.


 Lublin. kultura i spoleczeństwo (dwumiesięcznik)




Bernard Nowak: Wyroby duchowe - całość do pobrania w postaci pliku .pdf (1 Mb)






historia
katalog
serie wydawnicze
nowości
galeria

Jesteś w witrynie lubelskiego Wydawnictwa TEST;
osobne witryny to strona domowa Bernarda Nowaka i jego Przewodnika po Lublinie

Wydawnictwo TEST
Bernard Nowak - home
Lublin - przewodnik