Wydawnictwo TEST - skok do strony głównej
założone w Lublinie w roku 1988
historia
katalog
serie wydawnicze
nowości
galeria
Jan Władysław Woś: Sympozjum w Cassino i inne opowiadania



Wydawnictwo TEST,  Lublin 2012
ss. 292, ISBN: 978-83-7038-845-0
 Sympozjum w Cassino i inne opowiadania


Projekt okładki:
Bernard Nowak & Marek Popielnicki
Grafika na okładce pochodzi z książki
Tibora Szanto "Pismo i styl", tabl. 14
Adjustacja i projekt typografii:
Bernard Nowak
Pierwodruki opowiadań:
Homer, "Akcent" 1/2009;
Sympozjum w Cassino, "Odra" 11/2009;
"Kwiatuszek Pana Jezusa", "Akcent" 2/2010;
Wieczór z niespodziankami, "Twórczość" 10/2010;
Ogrodnik, "Akcent" 10/2011.



SPIS TREŚCI

Ogrodnik - 7
"Kwiatuszek Pana Jezusa" - 22
Tajemnica wyjawiona po sześćdziesięciu latach - 44
Giulia - 64
Pani Ignacowa - 71
Sympozjum w Cassino - 137
Wiktoria - 153
Homer - 171
Niecodzienne spotkanie - 202
Wieczór z niespodziankami - 214
Camilluccio - 243
Zamiast posłowia. Kilka słów o sobie - 259
Appendix. Hic est permagnus dies festus. Przemówienie wygłoszone w Londynie,
na uroczystości nadania tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Polskiego na Obczyźnie



Wiesława Turżańska: Między Północą a Południem
[o książce Jana Władysława Wosia "Sympozjum w Cassino i inne opowiadania"]. Akcent, nr 4 [134], Lublin 2013
(kwartalnik - czasopismo poświęcone literaturze pięknej, sztukom plastycznym i naukom humanistycznym)

 akcent. kultura i sztuka - kwartalnik

[Jego] ...daleki od nowoczesności styl unaocznia postawę piszącego wobec rzeczywistości, w której rozpadł się aksjologiczny ład. Należy jednak zaznaczyć, iż w opowiadaniach Wosia chaos w tym samym stopniu dosięga Wschodu, co i Zachodu. Fabuła utworów inspirowanych przeżyciami osobistymi obejmuje wydarzenia rozgrywające się w Polsce oraz we Włoszech, zaś sam autor w Zamiast posłowia i Appendiksie kilkakrotnie kwestionuje pogląd, zgodnie z którym obdarzano Zachód mianem wyłącznego dziedzica europejskości. Według tego, dość powszechnego, mniemania Wschód wiąże się z autokratyzmem, hieratyczną organizacją społeczeństwa oraz prymatem państwa nad jednostką, zaś Zachód reprezentuje jednostkową wolność, demokratyczną organizację i humanistyczne ideały...



 Jan Władysław Woś Jan Władysław Woś - ur. 19 kwietnia 1939 r. w Warszawie. W latach 1962-1967 studiował filozofię w Uniwersytecie Warszawskim. Po ukończeniu studiów wyjechał jako stypendysta do Włoch. Studiował też w Belgii, później wrócił do Włoch (Rzym, Piza, Neapol). Od 1974 r. stypendysta w RFN - Bonn i Heidelberg.

Po wygraniu w 1976 r. konkursu otrzyma! nominację na profesora Uniwersytetu w Pizie, gdzie pracował przez 11 lat. Od 1987 r. wykładał w Uniwersytecie w Trydencie - aż do przejścia na emeryturę w 2008 r.
Założył w Trydencie Stowarzyszenie Kulturalne Polska-Włochy, zaś w 1995 roku z jego inicjatywy powstało tam Centrum Dokumentacji Historycznej Europy Wschodniej.

Jan Władysław Woś posiada w dorobku około 700 publikacji, przede wszystkim związanych z historią Polski, jej kulturą, a także historią Kościoła. Doktor h.c. Uniwersytetu Polskiego na Obczyźnie w Londynie.

Od 2009 roku drukował opowiadania w "Akcencie", "Odrze" oraz "Twórczości". W 2011 roku wydał tom "Ze wspomnień ucznia Liceum Kołłątaja w Warszawie (1954-1958)".

(nota redakcyjna na tylnej okładce)
Nota w Wikipedii



ZAMIAST POSŁOWIA. KILKA SŁÓW O SOBIE

  Urodziłem się 19 kwietnia 1939 roku w warszawskim Szpitalu Św. Zofii. Do roku 1967, kiedy wyjechałem z Polski, moje życie związane było z Warszawą. Tu chodziłem do szkół (piszę w liczbie mnogiej, ponieważ z racji przeprowadzek, rejonizacji i historii rodzinnych było ich aż siedem, co miało fatalny wpływ na moją edukację). Egzamin dojrzałości złożyłem w Liceum nr 21 im. Hugona Kołłątaja. Nigdy nie byłem bardzo dobrym uczniem ani nawet dobrym. Uczyłem się średnio. Jedynym przedmiotem, który mnie interesował, była botanika. Byłem spokojnym chłopcem, posłusznym i w szkole nie stwarzałem swym zachowaniem specjalnych kłopotów. Nie bałem się wyrażać własnych sądów i opinii, które nie były zgodne z poglądami nauczycieli. Kilka razy z tego powodu znalazłem się w opałach. Cieszyłem się sympatią nauczycieli i kolegów. Miałem tendencje przywódcze. Pomimo, że nie byłem prymusem, powierzano mi różne funkcje społeczne. Przyjmowałem je niechętnie, ale z raz przyjętych obowiązków wywiązywałem się sumiennie. Do książek zaglądałem nieczęsto i jedynie z konieczności, natomiast bardzo uważnie śledziłem tok lekcji, nawet tych niezbyt ciekawych, i ze szkolnych opałów ratowała mnie zwykle moja pamięć. Lubiłem słuchać, gdy na głos czytali inni i byłem wiernym słuchaczem powieści czytanych w odcinkach przez radio. Sam z własnej woli i dla przyjemności zacząłem czytać stosunkowo późno, bo dopiero w czternastym roku życia. Byłem wtedy w siódmej klasie, zupełnie jednak nie pamiętam moich ówczesnych lektur.

  Nigdy nie opanowałem sztuki poprawnego, głośnego czytania. Do tej pory mam z nim kłopoty i odczytanie na głos nieznanego mi tekstu okazuje się zwykle trudnością. Wolę mówić nawet improwizując, niż czytać. Po cichu natomiast czytam nadzwyczaj szybko.

  Bardzo chętnie brałem udział w okolicznościowych uroczystościach szkolnych, na których recytowałem wiersze. Mając dziesięć lat po raz pierwszy w życiu widziałem i słyszałem autora czytającego własne utwory. Był nim Władysław Broniewski, który odwiedził naszą szkołę w Ogrodzie Saskim. Na spotkaniu mówiłem jeden z jego wierszy i byłem bardzo przejęty obecnością poety. Do tej pory doskonale pamiętam króciutką z nim rozmowę i radość, jaką mi sprawił, chwaląc moją recytację. Pamiętam również, że byłem rozczarowany jego wyglądem zewnętrznym; wyobrażałem sobie wówczas, że wszyscy poeci mają długie włosy i są podobni do Adama Mickiewicza z powszechnie znanego dagerotypu. Tak się złożyło, że wiele lat później mogłem o tym moim rozczarowaniu opowiedzieć Broniewskiemu, czym go bardzo uradowałem.

  W okresie liceum regularnie, zwykle raz w tygodniu, chodziłem do teatru. Dość często na popołudniowe przedstawienia chodziliśmy z całą klasą. Animatorką przedsięwzięcia była Zofia Kaczyńska, nauczycielka biologii. Zagadnieniami literackimi zacząłem się zajmować w dziesiątej klasie. Miałem wówczas siedemnaście lat. Regularnie czytałem "Twórczość", "Dialog" i krakowskie "Zycie Literackie". Interesowałem się przede wszystkim dramaturgią i czytałem utwory przeznaczone na scenę. Zapoznałem się wówczas z utworami Mickiewicza, Słowackiego, Norwida, Fredry, Wyspiańskiego, Bałuckiego, Zapolskiej, Witkiewicza, Szaniawskiego, Gombrowicza, a z obcych Moliera, Goldoniego, Ostrowskiego, Gribojedowa, Gogola, Czechowa, Gorkiego, Ibsena, Maeterlincka, Sartre'a, Anouilha, Pirandella i mego ulubionego Giraudoux. Lektury te były wielką przygodą i często dostarczały niezapomnianych wrażeń i wzruszeń. Uczęszczając na zajęcia Koła Teatralnego w Pałacu Kultury i Nauki obracałem się w towarzystwie rówieśników interesujących się, podobnie jak ja, teatrem. Stwarzało to znakomitą okazję do rozmów na intrygujące nas tematy, m.in. dotyczące zagadnień etycznych i filozoficznych, poruszanych w czytanych przez nas dramatach. Od tamtych czasów książki stały się dla mnie przedmiotami pierwszej potrzeby, koniecznymi do życia, i nie wyobrażam sobie bez nich mojej egzystencji. Stały się obsesją i dożywotnią miłością!

  Pisząc o czasach mej wczesnej młodości nie mogę nie wspomnieć pewnego tragicznego wydarzenia: w lipcu 1955 r. zginął we Włocławku na obozie wojskowym Janusz Wyczółkowski, mój licealny kolega i jedyny przyjaciel. Rozerwała go mina. Była to moja pierwsza życiowa tragedia i wielki wstrząs psychiczny. Opłakiwałem go w skrytości przez wiele miesięcy. W skrytości, ponieważ wstydziłem się moich łez: "Polak nigdy nie płacze!" Tą nieludzką zasadę postępowania przez lata całe wbijano mi w domu i w szkole. Odkryłem wówczas, jak krucha jest ludzka egzystencja. Zacząłem się zastanawiać nad moim życiem i nad światem. Czułem się bardzo nieszczęśliwy i przez kilka lat nie mogłem się z nikim zaprzyjaźnić.

  Po maturze zamierzałem ubiegać się o przyjęcie do szkoły aktorskiej, ale ze względu na chroniczne i nie rokujące wyleczenia schorzenie górnych dróg oddechowych (dawało mi się we znaki przez całe życie) z ambicji aktorskich musiałem zrezygnować. Nie była to dla mnie tragedia, ale w nowej sytuacji, jaka się wytworzyła po orzeczeniu lekarskim z kwietnia 1958 r., nie wiedziałem, co dalej ze sobą zrobić. Nie miałem żadnych sprecyzowanych planów. Po dość karkołomnych przygodach, związanych z wyborem studiów, edukacji w Studium Nauczycielskim im. Nadieżdy Krupskiej i dwuletniej pracy w szkole, zostałem w końcu studentem Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Warszawskiego. Był październik 1962 roku. Tym razem wybór kierunku studiów okazał się słuszny. Do tej pory nie żałuję, że zdecydowałem się na studiowanie filozofii. Miałem znakomitych nauczycieli, reprezentujących różne orientacje i formacje filozoficzne, ich wspaniałych asystentów oraz niezwykle interesujących kolegów, niektórych wręcz genialnie uzdolnionych. Wielu studiowało matematykę lub fizykę, a filozofię traktowało jako przedmiot poboczny. Na niektóre seminaria przychodziło kilku lekarzy zainteresowanych zagadnieniami filozofii przyrody, którzy dzięki swemu przygotowaniu i wiedzy medycznej dostarczali cennego materiału do naszych teoretycznych rozważań i dyskusji. Atmosfera Wydziału była niezwykła i sprzyjała studiowaniu.

  Zajmowanie się problemami filozoficznymi nie dla wszystkich było źródłem radości. Niestety, mieliśmy na Wydziale wiele wypadków samobójstw. Popełniali je bardzo zdolni studenci, nie mogący znaleźć sobie miejsca w życiu. W samobójstwie widzieli jedyne rozstrzygnięcie własnych niepokojów, rozterek, a niekiedy dramatów. Pod tym względem pamiętne były wiosenne miesiące roku 1965, kiedy samobójczą śmiercią zginęły cztery osoby, w tym dwie z mego roku. Śmierć zadały sobie w sposób wymyślny i okrutny. Jeszcze teraz, kiedy o tym myślę, przechodzą mnie ciarki.

  W początkowym okresie studiów - oczarowany wykładami profesora Władysława Tatarkiewicza - miałem zamiar specjalizować się w zakresie estetyki, ale zrażony apodyktycznym zachowaniem kierownika katedry estetyki oraz traktatami Romana Ingardena, zdecydowałem się na specjalizację w zakresie filozofii średniowiecznej, którą także od dawna się interesowałem. Pobocznie studiowałem historię sztuki, metodykę nauczania i historię literatury polskiej.

  W czasie studiów pomagałem sobie korepetycjami z języka polskiego i z łaciny.

  Pracę magisterską napisałem u prof. Jana Legowicza, na temat poglądów filozoficznych Dantego Alighieri, recenzentem pracy był prof. Leszek Kołakowski. W dniu 9 lipca 1967 roku złożyłem egzamin magisterski, a tydzień później otrzymałem pisemne zaproszenie do Mediolanu, w celu odbycia kursów specjalistycznych: dzięki zabiegom prof. S. Vanni Rovighi, która w czasie wizyty w Warszawie zainteresowała się moimi studiami, przyznano mi trzymiesięczne stypendium naukowe. Po pokonaniu wielu trudności administracyjnych i praktycznych (trudno sobie dzisiaj wyobrazić, jak wiele ich było i jak były irracjonalne), 16 października 1967 roku znalazłem się w Mediolanie. Spełniło się jedno z największych marzeń mego życia: byłem we Włoszech! Nie zdawałem sobie sprawy ze znaczenia tego wyjazdu i jego brzemiennych w skutkach konsekwencji. Nie przypuszczałem wówczas, że rozpoczął się nowy etap w moim życiu, który miał trwać do dzisiaj: okres pobytu za granicą. Po kilku tygodniach pobytu, na zaproszenie prof. Vanni Rovighi, wygłosiłem na prowadzonym przez nią seminarium referat po łacinie: De amore in Dantis Divina Commoedia quaestiones. Było to obszerne streszczenie mojej pracy magisterskiej. Nie miałem jeszcze odwagi mówić po włosku, ale zrobiłem to już tydzień później, zachęcony życzliwością, z jaką przyjęto moje łacińskie wystąpienie. Na tym samym seminarium wygłosiłem referat o stanie studiów nad Dantem w Polsce: Sulla fortuna di Dante in Polonia. Po koniecznych korektach referat został wydrukowany w kwartalniku "Aevum". Była to moja pierwsza publikacja w języku włoskim.

  Tuż przed świętami Bożego Narodzenia 1967 roku rektor Ezio Franceschini, pod którego kierunkiem studiowałem średniowieczną literaturę łacińską, zawiadomił mnie, że biorąc pod uwagę więcej niż zadawalające wyniki mojej dotychczasowej pracy, stypendium przedłużono na cały rok. Byłem szczęśliwy. Starałem się maksymalnie wykorzystać możliwości kontynuowania studiów, jakie mi niespodziewanie ofiarowano, pogłębiając znajomość łaciny średniowiecznej, filozofii scholastycznej, literatury dotyczącej Dantego i historii średniowiecza. Całe dnie spędzałem w uniwersytecie bądź to w bibliotece - bądź na wykładach lub seminariach. Głównymi mymi rozrywkami w tym czasie było chodzenie wieczorem na przedstawienia operowe do słynnej La Scali i do teatru. Zobaczyłem wówczas kilka znakomitych inscenizacji Giorgio Strehlera w sławnym Piccolo Teatro di Milano. Imponowały nawet mnie, uformowanemu na wspaniałych przedstawieniach teatrów warszawskich.

  Trudno mi było za granicą przyzwyczaić się do nowych warunków życia. Po raz pierwszy byłem sam poza domem..., ale nie miałem wiele czasu na nostalgię i rozpamiętywanie przeszłości. Do tej pory nie wiem, co to nuda. Rok we Włoszech minął nadspodziewanie szybko. Po kilku tygodniach intensywnej pracy w Tajnym Archiwum Watykańskim, która dała mi możliwość zapoznania się z jego arcybogatymi zbiorami, zacząłem przygotowywać się do powrotu do Warszawy. W międzyczasie w Polsce miały miejsce demonstracje i masowe protesty w środowiskach intelektualnych, w wyniku których, w ramach represji, władze Polski Ludowej zdecydowały się na zamknięcie Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Warszawskiego. Nie wiedziałem, co w tej sytuacji robić. Prof. Vanni Rovighi poradziła mi, żebym nie spieszył się z powrotem do Polski, ale poczekał aż sytuacja się uspokoi, a w międzyczasie pojechał na rok do Belgii, do Lowanium, gdzie działał silny ośrodek studiów nad średniowieczem, kierowany przez prof. Fernada Van Steenberghena, najwybitniejszego znawcę awerroizmu łacińskiego. I tak znalazłem się w Lowanium, gdzie immatrykulowano mnie na tamtejszym uniwersytecie jako ricercatore libero. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy z wagi tego aktu w mojej niepewnej sytuacji, bowiem po immatrykulacji znalazłem się pod prawną opieką rektora uniwersytetu i z opieki tej wielokrotnie korzystałem, np. kiedy polskie władze konsularne, niezadowolone z przedłużania się mego pobytu za granicą, odmówiły odnowienia ważności paszportu, w wyniku czego zostałem bez dokumentów. Policja belgijska zostawiła mnie jednak w spokoju, ponieważ byłem immatrykulowany na uniwersytecie. W Lowanium uczęszczałem na seminaria profesorów Van Steenberghena (filozofia), Rogera Aubert (historia Kościoła) i Leopolda Genicot (historia średniowiecza).

  Po rocznym pobycie w Belgii powróciłem do Włoch i kontynuowałem badania w archiwach florenckich i rzymskich. Za pośrednictwem prof. Vanni Rovighi nawiązałem wówczas kontakt z prof. Eugenio Garin, znawcą filozofii i kultury okresu Renesansu. Pomimo znacznych różnic ideologicznych współpraca z nim układała się dobrze, ale całkowicie pozbawiona była serdeczności.

  W latach następnych odbyłem dwuletnie studia specjalistyczne w zakresie filologii średniowiecznej i renesansowej w sławnej Wyższej Szkole Normalnej w Pizie, sięgającej swymi początkami czasów Napoleońskich. Dostałem się tam w wyniku publicznego konkursu. Władzom uczelni przedstawił mnie prof. Cinzio Violante z Pizy i prof. Aleksander Gieysztor z Warszawy. Studiowanie w tej ekskluzywnej uczelni stanowiło i stanowi we Włoszech swego rodzaju nobilitację. Każdego roku z kilkuset kandydatów ubiegających się o przyjęcie, wybiera się... dwudziestu. Moim opiekunem naukowym w słynnej Szkole był prof. Guido Martellotti, łacinnik światowej sławy, niezrównany znawca pism Petrarki i Eneasza Sylwiusza Piccolominiego. Pomimo dużej różnicy wieku bardzo zaprzyjaźniłem się z tym niezwykłym człowiekiem i utrzymywałem z nim kontakt aż do jego śmierci. Po złożeniu przewidzianego przepisami egzaminu otrzymałem dyplom di perfezionamento vel dottorato di ricerca i najwyższą ocenę: 110 na 110 możliwych, wraz z wyróżnieniem cum laude. Moja rozprawa o Pawle Włodkowicu z Brudzenia, którą wówczas przedstawiłem, dwukrotnie została wydana drukiem.

  Przez dwa lata byłem stypendystą Instytutu Historycznego im. Benedetto Croce w Neapolu. Do konkursu przedstawiło mnie trzech profesorów: wspomniany już Cinzio Violante z Pizy, Vittorio Branca z Wenecji i Nikolai Rubinstein z Londynu. Stypendium było głodowe, ale umożliwiło mi przedłużenie pobytu za granicą i kontynuowanie studiów. Nie mając obowiązku uczestniczenia w żadnych zajęciach, wykorzystałem czas na poszukiwanie dokumentów dotyczących nuncjusza Hannibala z Kapui w archiwach neapolitańskich, rzymskich i watykańskich. Wynikami badań zainteresowali się Niemcy, między innymi prof. Hubert Jedin, skutkiem czego zaproponowano mi przeniesienie się do Republiki Federalnej Niemiec. Fundacja Humboldta z Bonn przyznała mi dwuletnie stypendium docenckie. Wielkim orędownikiem udzielenia mi prestiżowego i wysokiego stypendium był prof. Carlrichard Brühl z uniwersytetu z Giessen, na którego seminarium uczęszczałem kilka lat wcześniej w Pizie. W międzyczasie dr Karolina Lanckorońska, w porozumieniu z profesorami Walerianem Meysztowiczem i Henrykiem Paszkiewiczem, zaproponowała mi kierowanie Fundacją Lanckorońskich w Rzymie. Nie miałem najmniejszych wątpliwości, że powinienem pojechać do Niemiec i, ku wielkiemu rozczarowaniu dr Lanckorońskiej, jej propozycji nie przyjąłem. Moja odmowa nie miała wpływu na nasze stosunki, które pozostały serdeczne i przyjazne.

  W dniu 1 listopada 1974 roku znalazłem się w Bonn, gdzie przez czternaście miesięcy pracowałem w Instytucie Historycznym miejscowego Uniwersytetu, a następnie - od 1 marca do 31 października 1976 roku - w Heidelbergu, w Instytucie Europy Wschodniej. Czas pobytu w Federalnej Republice Niemiec był jedynym okresem w mojej biografii, w którym prowadziłem niezwykle aktywne życie towarzyskie, powiedziałbym nawet - światowe! Z konieczności musiałem sobie nawet sprawić dwa smokingi (jasnokremowy i czarny) oraz frak. Uszył mi je na miarę jeden z najlepszych krawców w Kolonii. Dzięki pozycji, jaką miałem na uniwersytecie, stosunkom towarzyskim i chyba także osobistym przymiotom zapraszany byłem na przyjęcia dyplomatyczne, koktajle, przedstawienia i koncerty galowe oraz do prywatnych domów różnych dygnitarzy, ludzi kultury i przemysłowców. Kilka razy byłem na przyjęciach wydanych przez prezydenta Republiki Federalnej Niemiec, Waltera Scheela, w jego rezydencji w Bonn - Bad Godesberg. Spotkania te były niepowtarzalną okazją do poznania wielu interesujących osób: polityków, dyplomatów, uczonych, pisarzy, aktorów. Pomimo że byłem pochłonięty studiami, z prawdziwą przyjemnością przyjmowałem także zaproszenia na bale, gdzie mogłem się do woli wytańczyć. Był to dla mnie nadzwyczaj przyjemny wypoczynek, po dość wyczerpującej i zazwyczaj całodziennej pracy intelektualnej. Byłem niezmordowany, pełen entuzjazmu i sił witalnych. Wydawało mi się, że gdybym się mocno uparł, ruszyłbym z posad Ziemię. Wiele w tym czasie podróżowałem nie tylko po Niemczech, a także po Europie, Afryce i Azji. Szczególnie ciekawy i pełen przygód był mój pobyt w Egipcie, gdzie nawiązałem kontakty w Aleksandrii z prawosławnymi teologami koptyjskimi, a w Kairze z profesorami uniwersytetu muzułmańskiego Al-Azhar.

  W czasie mego pobytu w Heidelbergu prof. Cinzio Violante, dyrektor Instytutu Studiów Mediewistycznych Uniwersytetu w Pizie, zawiadomił mnie, że w kierowanym przez niego Instytucie została utworzona nowa katedra Historii Średniowiecznej Europy Wschodniej i że został ogłoszony konkurs na jej obsadzenie. Dał mi do zrozumienia, że bardzo by się ucieszył, gdybym został jego współpracownikiem w Pizie (znacznie później dowiedziałem się, że katedra została stworzona specjalnie dla mnie, dzięki zabiegom prof. Violante). Pomimo tego, że w Niemczech miałem znakomite warunki pracy i że pojawiła się możliwość zatrudnienia mnie jako profesora kontraktowego w uniwersytecie (o co zabiegał prof. Werner Conze), zdecydowałem się wziąć udział w konkursie, którego wygrana zapewniała stabilność. Była to dla mnie wielka życiowa szansa. Istniała realna możliwość sukcesu: nie tylko znałem język włoski, ale miałem również dość poważny, wielojęzyczny dorobek naukowy. Ku memu - mimo wszystko - zaskoczeniu konkurs wygrałem i w konsekwencji otrzymałem nominację na profesora Uniwersytetu w Pizie. Nominacja ta okazała się również zaskoczeniem, chociaż wielce niemiłym, dla wielu moich rodaków (dla kilku Włochów także) i stała się źródłem ich wielkiego strapienia. Nie mogąc mnie pozbawić katedry uniwersyteckiej, z godną podziwu wytrwałością i przez lata starali się mi szkodzić na wszelkie możliwe sposoby, przy każdej nadarzającej się okazji, a często i bez okazji. Niestety, w akcjach tych brali udział także pracownicy ambasady, konsulatu i przedstawiciele polskich instytucji kulturalnych w Rzymie. Jak widać, od czasów naszego znakomitego dziej opisa Długosza nic pod tym względem się nie zmieniło: Polacy w dalszym ciągu, jak przed wiekami, "z przyrodzenia skłonni są do zawiści i obmowy". Skutki ich dywersyjnych działań były znikome, ale kilka razy zdołali nie dopuścić do zrealizowania w Rzymie i Florencji niektórych moich zamierzeń, m.in. storpedowali projekt założenia czasopisma naukowego, poświęconego historii i kulturze polskiej w językach zachodnich. Projektem zainteresowało się wielu wybitnych historyków włoskich; został przyjęty przez nich z zadowoleniem, a niekiedy wręcz z entuzjazmem. Było to w pierwszych miesiącach pontyfikatu Jana Pawła II, kiedy wzrosło niepomiernie zainteresowanie polskimi sprawami.

  Miałem ogromne trudności z objęciem stanowiska profesora w Pizie, ponieważ ówcześnie obowiązujące we Włoszech przepisy - pochodzące jeszcze z okresu faszystowskiego - zakazywały cudzoziemcom stałej pracy w państwowych uniwersytetach. Jednak dzięki osobistej interwencji prof. Giorgio La Pira, byłego burmistrza Florencji, z którym od kilku lat byłem w kontakcie, u ministra spraw wewnętrznych otrzymałem niezbędne dokumenty na wjazd do Włoch, niestety bez zezwolenia na podjęcie pracy. Dopiero na wniosek władz uniwersytetu w Pizie prezydent Republiki Włoskiej, Giovanni Leone, wydał mi zezwolenie na podjęcie pracy jako studioso di chiara fama. Z wielkim żalem musiałem zrezygnować z kontynuowania studiów filozoficznych, ale nie miałem innego wyboru. W Pizie przepracowałem jedenaście lat, do końca października 1987 roku. Następnie przeniosłem się do Trydentu, gdzie pracowałem od 1 listopada 1987 roku aż do przejścia na emeryturę w dniu 1 listopada 2008 roku.

  Nigdy nie sądziłem, że dożyję wieku emerytalnego; biorąc pod uwagę opinie lekarzy liczyłem się z możliwością dość wczesnej śmierci. Trzykrotnie niewiele brakowało, żeby ich przewidywania się ziściły. W kwietniu 1996 roku w Heidelbergu, po dość ciężkim zawale serca, kardiolog powiadomił mnie, że zostało mi zaledwie kilka godzin życia, ale i tym razem wygrzebałem się z choroby i po intensywnej kuracji powróciłem do zdrowia.

  Znaczna część moich życiowych historii była dziełem przypadku i pomyślnego dla mnie zbiegu różnych, niekiedy wręcz nieprawdopodobnych okoliczności. Uczyłem się wiele i z zapałem, ale niczego nie planowałem, nigdy jednak nie pozostawiałem losu w rękach urzędników i starałem się w decydujących momentach robić wszystko, co wedle mego osądu było słuszne i konieczne, niekiedy wbrew wszystkim i wszystkiemu.

  Od 7 września 1987 roku posiadam obywatelstwo włoskie. W roku 1990 założyłem w Trydencie Stowarzyszenie Kulturalne Włochy-Polska, skupiające przede wszystkim studentów wydziałów humanistycznych, szczególnie zainteresowanych sprawami polskimi. Kilkakrotnie, przy szczodrej pomocy finansowej władz regionu trydenckiego, zorganizowałem dla studentów wielodniowe podróże naukowe do Polski i do niemieckich ośrodków uniwersyteckich, w których kultywowane są studia nad historią Polski, m.in. do Monachium i Heidelbergu.

  W 1995 roku powstało, z mojej inicjatywy, Centrum Dokumentacji Historycznej Europy Wschodniej.

  W 2002 roku Polski Uniwersytet na Obczyźnie w Londynie nada mi tytuł doktora honoris causa w dziedzinie filozofii - za wybitne osiągnięcia naukowe, szerzenie za granicą wiedzy o Polsce i propagowanie idei integracji europejskiej. Na uroczystość przybyło do Londynu wielu moich przyjaciół ze wszystkich stron świata. Przy okazji promocji otrzymałem wiele listów i telegramów z gratulacjami. Organizatorzy nie bez zdziwienia zauważyli, że nie było wśród nich żadnego od władz uniwersytetu w Trydencie, gdzie przecież ówcześnie pracowałem.

  Moja bibliografia liczy około siedemset różnorodnych pozycji. Są to książki, broszury, artykuły, recenzje. Publikacje te dotyczą przede wszystkim zagadnień związanych z historią Polski i jej kulturą, wiele prac dotyczy historii Kościoła. Znaczna ich część jest po włosku, ale są również publikacje w języku niemieckim, francuskim, angielskim, hiszpańskim, japońskim, a także po polsku i łacinie.

  Trzykrotnie z okazji moich urodzin ukazały się księgi zbiorowe: na pięćdziesięciolecie we Florencji, na sześćdziesięciolecie w Trydencie i na siedemdziesięciolecie w Rzymie. Publikacje te zostały zrealizowane dzięki staraniom moich przyjaciół i uczniów. Wielojęzyczny tom florencki jest mi szczególnie drogi, ponieważ zawiera wyłącznie prace dotyczące historii i kultury polskiej.

  W czasie pobytu za granicą podróżowałem po Europie i po całym świecie. Brałem udział w kongresach, seminariach, zjazdach, sympozjach, ekspedycjach naukowych. Wygłaszałem odczyty i konferencje, prowadziłem badania w różnych bibliotekach i archiwach. Często podróżowałem jako turysta. Poznałem mnóstwo mądrych i ciekawych ludzi, nierzadko sławnych, m.in. we Florencji króla Gustawa VI Adolfa i Marca Chagalla, a w Paryżu generała de Gaulle'a. Najbardziej interesowali mnie jednak zawsze ludzie zajmujący się filozofią. Miałem okazję poznania Sartre'a, Gadamera, Heideggera, Van Bredę, Heisenberga, Garaudy'ego, Golo Manna (doktoryzował się u Karla Jaspersa w Heidelbergu), ojca Siwka, Bobbio, Gilsona. Z tym ostatnim, tym razem w Wenecji, miałem możność przez kilka dni spokojnie rozmawiać nie tylko o tomizmie, Dantem i Bonawenturze, ale i o wielu innych, ciekawych sprawach tego świata. Nasze częste rozmowy nie uszły uwagi zaciekawionych uczestników zjazdu i stały się źródłem kilku zabawnych nieporozumień, ale nie miejsce tu na ich opowiedzenie.

  Decydując się na pozostanie za granicą miałem świadomość, że będą miał wiele najróżnorodniejszych trudności i problemów związanych z faktem, że jestem cudzoziemcem, na domiar złego pochodzącym z kraju należącego do tak zwanej Europy Wschodniej, która nie cieszy się dużą popularnością i szacunkiem w Europie. Żadne jednak trudności i porażki (a było ich niemało) nie były w stanie powstrzymać mnie od konsekwentnego realizowania zamierzeń i projektów. W pokonaniu trudności często pomagali mi przyjaciele i życzliwe osoby. Ich pomoc okazywała się wielokrotnie nieodzowna. Miałem szczęście do ludzi. Zapewne wielką pomocą w pokonywaniu życiowych trudności była wytrwałość, pracowitość, ciekawość świata, niepoprawny optymizm, pogodne usposobienie, gotowość do dialogu ze wszystkimi, dar ogromnej łatwości nawiązywania kontaktów z ludźmi oraz znajomość języków obcych.

  Sukces, jaki odniosłem na Zachodzie (a otrzymanie katedry uniwersyteckiej z pewnością nim było), w moim przekonaniu związany jest m.in. z faktem, że nie miałem nigdy kompleksu niższości w stosunku do włoskich czy niemieckich kolegów. Uważałem, że pomimo naszej polskiej zaściankowości i prowincjonalizmu, zabarwionego klerykalizmem, które za granicą tak bardzo rażą cudzoziemców, Polacy w zachodnich środowiskach intelektualnych mogą być równoprawnymi partnerami. Do tej pory jestem o tym przekonany. Po studiach w Warszawie byłem zupełnie dobrze przygotowany do konfrontacji z mymi zagranicznymi kolegami i profesorami. W Mediolanie, Rzymie, w Lowanium z niedowierzaniem słuchano, że w komunistycznej Polsce studenci filozofii Uniwersytetu Warszawskiego studiowali nie tylko dzieła Marksa, Engelsa i Lenina, ale mogli uczestniczyć w seminariach, na których analizowano grecki tekst Prologu do Ewangelii św. Jana, czytano łacińskie komentarze do Pięcioksiągu Filona z Aleksandrii, roztrząsano problematykę "Itinerarium mentis ad Deum" Bonawentury, zgłębiano traktaty Teilharda de Chardin i dyskutowano Gilsonowską interpretację tomizmu. Nie wiem, czy takim zestawem seminariów mógł się poszczycić jakiś inny państwowy uniwersytet w Europie.

  Prawie wszystkie moje wykłady, konferencje i odczyty dotyczyły bezpośrednio lub pośrednio spraw polskich. Katedra uniwersytecka dostarczyła mi wielu okazji, żeby mówić o Polsce, o jej niełatwej historii i kulturze. Poruszyłem często tematy niewygodne i przemilczane, związane z najnowszą historią Polski i Europy Środkowo-Wschodniej. Budziło to niekiedy niezadowolenie moich wydziałowych kolegów. Na Zachodzie historię Europy Wschodniej utożsamia się bowiem z dziejami Rosji i Związku Radzieckiego; zajmowanie się mało znaną Polską uważane jest za swego rodzaju samobójstwo naukowe. Wyjątek stanowią uniwersytety niemieckie, gdzie rozwija działalność kilkadziesiąt Instytutów Europy Wschodniej i gdzie prowadzone są badania nad historią Polski. Takie Instytuty istnieją np. w dobrze mi znanym Heidelbergu, Marburgu, Monasterze i Monachium. W Darmstadt działa z powodzeniem niezwykle prężny Instytut Polski, założony przez Karla Dedeciusa, Niemca z Łodzi, jest to jednak wyjątek w skali światowej.

  Po wyborze na Stolicę Apostolską Jana Pawła II moja sytuacja na uniwersytecie stała się wręcz nieznośna. Wielokrotnie dawano mi do zrozumienia, że wykłady o Polsce, pomimo dużej frekwencji studentów, nie są dobrze widziane. Wszelkie moje propozycje były ucinane stwierdzeniem, że wystarczy aż nadto działalność papieża-Polaka (niezbyt zresztą cenionego w środowisku uniwersyteckim). Czyniono też wysiłki mające na celu zmianę nazwy mojej katedry. Miała nosić nazwę Historii Europy, a nie, jak dotąd, Historii Europy Wschodniej, ale na dokonanie takiej zmiany: konieczna była moja zgoda, której nigdy nie wyraziłem. Pomimo nacisków nie zmieniłem nawet o jotę moich planów dydaktycznych i miałem wykłady o historii Polski w jej różnych aspektach.

  Źródłem wielu sytuacji konfliktowych na wydziale była także popularność wśród studentów. Niestety, nie brakowało wśród moich kolegów ludzi zawiedzionych, zgorzkniałych, krzywym okiem patrzących na sukcesy cudzoziemca - i do tego jeszcze Polaka. W pierwszych dniach lutego 1992 r. na uniwersytecie w Trydencie "nieznani sprawcy" ogołocili z dokumentów mój gabinet pracy, pozbawiając mnie materiałów zebranych w różnych archiwach w ciągu prawie dwudziestu lat, a na drzwiach wymalowali swastykę (malunek powtórzono później kilkakrotnie). Studenci byli oburzeni, podobnie jak pracownicy techniczni - i zorganizowali zbiorowy protest - ale tylko oni. Władze uniwersytetu nie uczyniły nic, aby wyjaśnić tę skandaliczną sprawę, zrobiły natomiast wszystko, żeby ją wyciszyć. Na moje protesty odpowiadano, że skoro jestem niezadowolony, to mogę wrócić do Polski. Teraz, jako emeryt, kiedy z własnej woli zdecydowałem się wycofać z życia publicznego (powróciłem do moich studiów nad logiką i Seneką), przestałem być dla innych rywalem czy konkurentem i nie przedstawiam niebezpieczeństwa. Dziś ludzie, którzy jeszcze tak niedawno byli do mnie wrogo nastawieni, stali się uprzejmi i gotowi do dialogu. Pozwala mi to żyć w łagodniejszej, prawie że bezkonfliktowej atmosferze.

  Jeszcze będąc uczniem gimnazjalnym bardzo chętnie kupowałem książki, o ile mi tylko pozwalały na to możliwości finansowe. Kupowałem przede wszystkim książki o tematyce teatralnej. Mogłem się poszczycić dość pokaźną biblioteką. Za granicą udało mi się skompletować liczący ponad dwadzieścia tysięcy tomów, wielojęzyczny księgozbiór dotyczący historii i kultury Europy Wschodniej, w której dominującą pozycję zajmują książki polskie. Biblioteka ta jest dla mnie nieodzownym i niezastąpionym warsztatem pracy. Na Zachodzie, nawet w wyjątkowo bogatych księgozbiorach, działy dotyczące Polski są bardzo ubogie, a najczęściej w ogóle nie istnieją. W tej sytuacji organizowanie własnej biblioteki specjalistycznej było koniecznością. Podróżowanie po świecie i bezpośrednie kontakty z antykwariuszami ułatwiły mi niezmiernie zrealizowanie tego zamierzenia.

  Mam różne hobby: uprawiam spadochroniarstwo i pływanie, lubię pielęgnować rośliny, kolekcjonuję dokumenty pergaminowe w języku łacińskim, stare mapy Rzeczypospolitej w jej historycznych granicach oraz bibliofilskie i rzadkie wydania książek, które w przeciwieństwie do zwyczaju wielu kolekcjonerów nie tylko zbieram, ale również z wielką uwagą czytam. Poza tym interesuję się muzyką poważną. Moimi ulubionymi kompozytorami są Bach, Scarlatti i Mozart, a malarzami El Greco, Chardin i Vermeer. Z przyjemnością oglądam przedstawienia baletowe w wykonaniu zespołów angielskich i rosyjskich. Miastem, do którego bardzo chętnie powracam, jest Londyn, ale nigdy nie chciałbym w nim mieszkać na stałe. Lubię Rzym, Barcelonę, Monachium, Heidelberg i Oxford, jednak - gdyby to było możliwe - najchętniej zamieszkałbym w Nicei, ze względu na łagodny klimat i przepiękne położenie miasta.

  Nie zamierzałem nigdy założyć rodziny. Postanowienie to podjąłem jeszcze w liceum, ale miałem bogate życie uczuciowe i byłem wielekroć bardzo zakochany. Wszystkie moje miłości były niezwykłe, wielkie, niepowtarzalne, czasem szalone, wszystkie z trudnościami i powikłaniami. Nie dopuszczałem jednak do siebie myśli - nawet w sytuacjach na pozór beznadziejnych - o niemożności miłości z wybraną przeze mnie osobą i nic nie robiłem sobie z głupawych życiowych przeszkód. Zawsze udawało mi się je pokonać - i byłem wielokroć szczęśliwy. Tylko raz, a był to wypadek szczególny, moje wysiłki okazały się bezowocne. Te gwałtowne wybuchy namiętności były mi potrzebne, nie mogłem i nie mogę bez nich żyć, ale wiedzieli o nich tylko nieliczni z mego najbliższego otoczenia i garstka przyjaciół. Moje wyznanie dla wielu osób znających mnie nawet od dawna, będzie bez wątpienia zaskoczeniem.

  Nigdy nie pisałem wierszy. Nie próbowałem pisać nowel, opowiadań, scenariuszy czy powieści. Nie przejawiałem żadnych ciągot literackich, choć do pisania namawiało mnie wiele życzliwych mi osób, m.in. Jerzy Zawieyski, Witek Maj, Henryk Czyż i inni. W liceum pisywałem niekiedy oryginalne wypracowania, które polonistka Natalia Nekraszowa chwaliła, ale nigdy nie pozwoliła na ich głośne odczytanie w klasie, ze względu na ich niekonwencjonalną treść. Mówiła, że mam fantazję, dar słowa i literackie uzdolnienia. Z pochwał się cieszyłem, ale nie traktowałem ich być może z należną uwagą i nie miały żadnych praktycznych konsekwencji.

  Od września 1955 roku prowadzę dziennik, ale nie jest on przeznaczony do druku. Jest bardzo osobisty i piszę go dla siebie.

  Jako "literat" zadebiutowałem w 2009 roku, mając 70 lat. Gdyby nie zachęta przyjaciela, Bohdana Zadury, prawdopodobnie nie odważyłbym się wysłać do redakcji "Akcentu" opowiadania "Homer", które redaktor Bogusław Wróblewski życzliwie przyjął i opublikował. Wkrótce potem dostałem wiele listów z pochwałami i gratulacjami od czytelników. Kilka osób zadało sobie trud, żeby odnaleźć mój numer telefonu i zadzwonić do mnie do Perugii. Zachęcony tymi niespodziewanymi objawami zainteresowania i serdeczności, napisałem kilka nowych opowiadań. Z niekłamanym zażenowaniem wysłałem je do redakcji lubelskiego "Akcentu" i wrocławskiej "Odry". Spodobały się redaktorowi Mieczysławowi Orskiemu, a pani Urszuli Kozioł, odpowiedzialnej za dział literacki "Odry", przypadły nawet "bardzo do gustu". Przyjęto je i, ku mojej wielkiej radości, wydrukowano. W tej chwili mam kilka nowych literackich pomysłów, które bardzo chciałbym zrealizować. We wrześniu 2011 r. Państwowy Instytut Wydawniczy opublikował tom moich licealnych wspomnień z lat 1954-1958.

Perugia, 24 września - Trydent, 15 października 2009 r.
(Fragment z książki, s. 259-276)



 Motyw graficzny z okładki Symopozjum w Cassino...






historia
katalog
serie wydawnicze
nowości
galeria

Jesteś w witrynie lubelskiego Wydawnictwa TEST;
osobne witryny to strona domowa Bernarda Nowaka i jego Przewodnika po Lublinie

Wydawnictwo TEST
Bernard Nowak - home
Lublin - przewodnik