Lublin - Przewodnik, Wyd. TEST 2014 - skok do strony głównej
Wydawnictwo TEST, Lublin, 2000 - 2014
historia
działy
trasy i szlaki
miejsca
galeria
Historia



Posłowie. Uwagi konsultanta (Czesław Deptuła)

  Przewodnik po Lublinie, opublikowany przez Wydawnictwo TEST, wychodzi naprzeciw ważnym oczekiwaniom społecznym. Potrzeba wszechstronnej promocji naszego miasta i regionu wynika już z długotrwałego i wieloaspektowego niedowartościowania tego członu Polski. Szczególnie wyraziście ujawnia się ona teraz, na przełomie tysiącleci, w związku z położeniem Lubelszczyzny w sąsiedztwie Białorusi i Ukrainy. Sąsiedztwo to stwarza dla krainy pomiędzy Bugiem a Wisłą szansę odegrania znaczącej roli w procesach integrujących Europę Środkowowschodnią, a równocześnie przywołuje pamięć roli historyczno-kulturowej, odegranej przez nią w przeszłości, na rozległym pograniczu języków, religii i kultur, zwłaszcza w czasach Jagiellonów i Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Rysuje się więc zarówno wymóg ukazywania ludziom trwałych, aktualnych walorów ziemi i zamieszkującej ją społeczności oraz wiążących się z tymi walorami perspektyw rozwojowych, jak i wymóg kultywowania tradycji regionu. W przewodniku takim, jak prezentowany przez Wydawnictwo TEST, główny akcent pada na pierwiastek tradycji i związanego z nią dziedzictwa. Książka pragnie unaocznić odbiorcy w przetworzonym przez człowieka krajobrazie (a krajobraz kulturalny Lublina i Lubelszczyzny nakłada się też na pełne uroku podłoże naturalne), w przestrzennym układzie skupisk osadniczych, w pomnikach architektury i innych sztuk, obraz dziejów grodu i ziemi tudzież dokonań ludzkich w dziedzinach kultury materialnej i duchowej. Specjalna ranga przysługuje w takim obrazie pięknu ukazywanych dzieł.

  Sygnalizowanym potrzebom wychodzi naprzeciw gromadzona od bardzo dawna oraz stale wzbogacana faktograficznie i problemowo wiedza o historii Lublina. W ostatnim czasie pojawiło się szereg szczególnych bodźców do jej poszerzenia, artykułowania i propagowania. Należą do nich np. restauracja klejnotu polskiej kultury - Starego Miasta, odnawianie starych przedmieść tudzież cennych obiektów rozrzuconych po osadach, które w minionych stuleciach weszły do aglomeracji miejskiej Lublina (niekiedy tracąc prawa osobnych miast). Należą do nich podejmowane przez uniwersytety i pozauniwersyteckie instytucje naukowe miasta badania dotyczące wspomnianej problematyki kresów, pogranicza, "tygli" kulturowych czy ogólniej - funkcjonowania złożonych politycznie, etnicznie i religijnie układów dziejowych charakterystycznych dla naszej części Europy. Wywierają wpływ na zainteresowanie Lublinem i jego historią różne formy dialogu sąsiadujących ze sobą dziś i niegdyś narodów oraz dialogu religii (ekumenizm, dialog chrześcijańsko-żydowski). W kręgu oddziaływania wielu takich czynników wyrasta coś, co wolno nazwać "wyzwaniem turystycznym", adresowanym także do komórek badawczych, ale przede wszystkim do środowisk popularyzujących wspomnianą wiedzę. Postulowany rozwój ruchu turystycznego stanowić winien istotne narzędzie, a zarazem wyraz promocji miasta. Jemu to mają służyć nowe przewodniki, choć są one bardzo potrzebne i samym "tubylcom".

  Wypracowaną przez kompleks dyscyplin historycznych (historia bazująca na źródłach pisanych, archeologia, historia sztuki i in.) wiedzę o przeszłości miasta nie jest jednak łatwo wykorzystać przy opracowywaniu przewodnika o większych ambicjach. Z jednej strony spotykamy się z zalewem informacji, niekiedy o rozmaitym stopniu wiarygodności (np. w pracach przestarzałych, popularyzatorskich, poddanych określonej presji ideologicznej) oraz o różnej wadze problemowej (sprawa istotna także dla tekstów, w których ważną funkcję pełnią przykuwające uwagę odbiorcy ciekawostki). Z drugiej strony odnosi się często wrażenie, iż przy znamiennej dla dziejów Lublina różnorodności zjawisk i złożoności zagadnień występuje w znanym obrazie tychże dziejów wyjątkowo dużo luk, niejasności czy odmiennych zdań. Sporo wiadomości zebranych i w jakiejś mierze już opracowanych naukowo przez badaczy nie zostało ogłoszonych jeszcze drukiem. Inne są rozproszone po rozmaitych publikacjach. Występują zatem kłopoty w zakresie dostępu do interesujących danych, możności ich oceny oraz nadążania za postępem badań. Przewodnik po Lublinie, którego redaktorem jest Bernard Nowak, oparto o wyniki prac zespołu specjalistów badających dzieje i rozwój miasta. Od przedstawicieli owego zespołu pochodzą również zamieszczone w książce zarysy historii Lublina, dające generalną orientację w przedstawionym wcześniej materiale, rozdzielonym według tras zwiedzania. Nie znaczy to, że w granicach zadań wydawnictwa wykorzystano w pełni stan badań nad kwestiami, które mogłyby zainteresować osoby korzystające z Przewodnika. Książka wprowadza jednakowoż czytelnika, a jeszcze bardziej kogoś, kto sam podąży wytyczonymi w niej trasami, w wiedzę fachową poszerzoną o świeży dorobek humanistyki, wzbogaconą i uatrakcyjnioną przez ciekawy, wielotematyczny materiał ilustracji. O liczbie i przebiegu dwunastu tras decyduje topografia miasta oraz wymóg dokładnej informacji o wydarzeniach i obiektach. Stąd na przykład część poświęcona Staremu Miastu obejmuje aż trzy trasy. Zupełnie odrębną charakterem pozycję Przewodnika stanowi krótka część informująca o innych ciekawych miejscowościach Lubelszczyzny, przy czym jest to wyłącznie sygnalizacja walorów regionu, dość arbitralna w doborze obiektów i oczywiście nie podlegająca rygorom wymaganym od trzonu zasadniczego książki.

  Nie zajmujemy się częścią Przewodnika, która zawiera aktualną informację o Lublinie, przydatną dla odwiedzających miasto.

  Czytelnik otrzyma więc niewątpliwie w niniejszym Przewodniku spory zasób starej i nowej wiedzy o rozwoju, znaczeniu historycznym i zabytkach Lublina. Ktoś, kto nie chciałby poprzestać na turystycznym oglądzie naszego grodu, powinien wszelako pamiętać o sygnalizowanych wyżej ograniczeniach książki. Osoby opracowujące Przewodnik mogą spotkać się z uzasadnionym zarzutem, iż nie dotarli do szeregu wybitnych specjalistów i nie uwzględniły ważnych publikacji odnośnie do takich lub innych dziedzin historii miasta. Wiadomo, że są w owej historii obszary słabo przebadane, a nawet, z różnych względów, nietknięte badaniami. Wiadomo również, iż w literaturze przedmiotu utrzymują się siłą inercji rozmaite stwierdzenia co najmniej nieścisłe. Odnośnie do wielu kwestii trwa dyskusja, w którą niepodobna głębiej tu wnikać. Zdarza się przy tym, że kontrowersyjne względem siebie hipotezy ujmują ten sam problem zdecydowanie odmiennie, przy zbliżonym stopniu prawdopodobieństwa. Jest to znamienne zwłaszcza dla najstarszej historii ośrodka, oświetlonej bardzo skąpymi przekazami pisemnymi i wprawdzie bogatszymi, ale w wielu aspektach badawczych niejednoznacznymi materiałami z wykopalisk. Rzecz przytrafia się zresztą i przy materii okresów późniejszych. Zauważmy wreszcie, iż na bieżąco ukazują się drukiem rezultaty prowadzonych aktualnie badań, których nie sposób już w przygotowanym wydawnictwie zużytkować.

  Wszystko to nie może podważyć podstawowego faktu: prezentowany Przewodnik jest pozycją bardzo cenną, odpowiadającą na palące, wskazane wyżej potrzeby.

  Scharakteryzowana uprzednio sytuacja luk i ograniczeń pozostaje w zasadzie sytuacją typową przy powstawaniu tego rodzaju książki. I co jeszcze ważne - idzie przecież o wydawnictwo, które może, a nawet powinno mieć kolejne wydania, otwarte szeroko na korektury i uzupełnienia.

Czesław Deptuła




Podłoże kulturowe miasta Lublin


  "Stopa ludzka po raz pierwszy stanęła na ziemi lubelskiej ok. 30 tysięcy lat temu. W tym czasie północną część Polski zajmował jeszcze lodowiec. (...) Najstarsze ślady szałasów i ognisk, a także kamienne narzędzia, będące pozostałościami pobytu ludności tzw. kultury oryniackiej (...) odkryto w Górze Puławskiej. (...) Możemy przypuszczać, iż podobne grupy zamieszkiwały wówczas teren przyszłego miasta Lublina, albowiem kamienne narzędzia ze starszej epoki kamienia znaleziono także w okolicy dzisiejszego Parku Ludowego i na terenie Zemborzyc, a kości mamutów znajdowane były w pobliżu dzisiejszej bazyliki Dominikanów, a także w rejonie północnej części ulicy Lubartowskiej oraz w dzielnicy Rury. (...) Teren przyszłego miasta najintensywniej zasiedliła jednak [dopiero] ludność innej kultury neolitycznej – kultury pucharów lejkowatych. Relikty jej osad odkryto w kilku miejscach na lubelskim Starym Mieście, na Czwartku, a także w Sławinku Wsi, gdzie ponadto odkryto wielki, usypany z ziemi grobowiec. (...)

  We wczesnym średniowieczu zasiedlono intensywnie rejon ujścia rzeczki Czechówki do większej od niej Bystrzycy. Początkowo były to osady typowo wiejskie. Z biegiem czasu teren ten – leżący na styku dwóch stref fizjograficznych, warunkujących dwa różne typy gospodarki – stał się miejscem wymiany handlowej między rolnikami z południowych wyżyn, a mieszkańcami nizinnych lasów z północy. (...) Ośrodkami strefy osadniczej były wzgórza: Czwartek, Zamkowe, Staromiejskie, Grodzisko na Kalinowszczyźnie (zajęte później na kirkut) i Żmigród. Wśród archeologów, historyków, architektów i historyków sztuki trwa od kilkudziesięciu lat spór o rolę tych skupisk w procesie powstawania średniowiecznego miasta..." - pisze w rozdziale 'Podłoże kulturowe miasta Lublin' Edmund Mitrus.

Więcej (+ unikalne ilustracje) - do pobrania w pliku .pdf (<1MB)





Lublin: szkic z dziejów i kultury miasta


  "Wczesnośredniowieczny Lublin był od X wieku (...) siedzibą kasztelanów, dowodzących załogą, sądzących ludność i ściągających od okolicznych mieszkańców podatki". (...) [Już na przełomie X i XI w. pojawił się tu pierwszy kościół parafialny - przyp. red.]. "Lokalna legenda wskazuje na kościół pw. św. Mikołaja na Czwartku [okazałe wzgórze po północnej stronie strugi Czechówki - przyp. red.], który miałby być najstarszą świątynią chrześcijańską w mieście (...). Do końca XIII w. Lublin był grodem pogranicznym, chroniącym ziemie pomiędzy Wieprzem i Wisłą przed najazdami ze Wschodu. Cały XIII wiek był dla niego okresem bardzo niespokojnym. Położony na rubieżach, miewał pod swoimi [murami i] wałami rycerstwo ruskie, Litwinów, Tatarów i Jadźwingów. (...) Wojny i najazdy hamowały rozwój miasta; [ale jednak] w okresach pokoju w drewnianym grodzie zaczęły powstawać pierwsze murowane budowle. Jeszcze sprowadzeni w 1260 r. dominikanie postawili tutaj jedynie drewniane budynki". [W roku 1302, przejęty spod panowania ruskiego i włączony do Rzeczypospolitej, Lublin zyskał nowe perspektywy – przyp. red]. "Gdy 15 sierpnia 1317 roku książę Władysław Łokietek nadał Lublinowi oparty na prawie magdeburskim przywilej lokacyjny, stanowiło to potwierdzenie istniejącej sytuacji". (...)

  "Z nadaniem Lublinowi praw miejskich wiązało się ożywienie handlowe i osadnicze na pograniczu polsko-rusko-litewskim. (...) Lublin zaczął dorównywać największym ośrodkom na ziemiach polskich – jak Kraków, a nawet Gdańsk. Skutecznie także konkurował ze Lwowem; wielu tureckich i wołoskich kupców właśnie stąd udawało się w podróże na Zachód Europy. Tędy, w głąb kraju, docierali kupcy ruscy, a po zdobyciu Kaffy przez Turków, gdy Litwa i Moskwa stały się atrakcyjnymi rynkami, miasto w jeszcze większym stopniu wykorzystywało na Wschodzie swoją uprzywilejowaną pozycję. Wielkie, od połowy XV w. ożywienie handlowe powodowało, że osiedlali się tu obcy kupcy i rzemieślnicy – Ormianie, Rusini i Tatarzy. (...) W 1475 roku osiadł w Lublinie rabin Jakub z Trydentu, rozpoczynając w ten sposób bogatą historię lubelskiej, rozwijającej się na Podzamczu gminy żydowskiej. Pod koniec XV i na początku XVI w. spotykano tu już wielu zamożnych Żydów. (...). Symbolami wieloreligijności oraz wielokulturowości Lublina stały się: kaplica zamkowa, łącząca gotycką architekturę z bizantyjskim wystrojem wnętrza, prawosławna cerkiew pw. Przemienienia Pańskiego przy ul. Ruskiej i (nieistniejąca już) synagoga Maharszal-szul – wszystkie położone w bliskim sąsiedztwie. (...) W przypadku kaplicy zamkowej trzeba również pamiętać, że bizantyjsko-ruskie freski zdobiące tzw. łacińską świątynię gotycką pojawiły się z inicjatywy Władysława Jagiełły w głównych kościołach Królestwa Polskiego, z archikatedrą gnieźnieńską i katedrą wawelską na czele, dając wyraz dążeniom władcy do pojednania kultur i wspólnot kościelnych". (...)

  "Rosnące znaczenie miasta sprawiło, że w 1474 r. Kazimierz Jagiellończyk podniósł je do rangi stolicy odrębnego województwa lubelskiego. (...) Lublin stawał się jednym z najbogatszych miast Korony. (...) Dzięki handlowej pozycji miasto przyciągało nie tylko ludzi interesu. (...) W XVI w. kilkakrotnie odbywały się tu sejmy i zjazdy. Najbardziej pamiętnym sejmem był ten z 1569 roku, który z przerwami trwał od stycznia do lipca, a zakończył się podpisaniem unii polsko-litewskiej [dziś znanej jako Unia Lubelska], tworzącej federacyjną Rzeczpospolitą Obojga Narodów" – pisze w szkicu z dziejów i kultury Lublina Robert Kuwałek.

Więcej (+ unikalne ilustracje) - do pobrania w pliku .pdf (2,5MB)




Jestem Lublina ciekawy

Z Bernardem Nowakiem o tym, jak został lubelakiem i już nie żałuje,
o myleniu dyplomacji z podstępem, wreszcie o tym, że Lublin
wcale nie jest miastem wielokulturowym, jak nam się ciągle wmawia -
- rozmawiał Marcin Jaszak

Przyjechał Pan do Lublina blisko pół wieku temu,
pozwolę sobie mimo to na pytanie do "człowieka z zewnątrz".
Co Pan tu u nas zobaczył?


  Przyjechałem, a co gorsza - zostałem! (śmiech). Przyjechałem rok po maturze, na egzamin na KUL. Jadąc tu
byłem przekonany, że mam do czynienia z uczelnią parafialną, gdzie z racji poziomu nie powinno być kłopotu z przyjęciem (śmiech). Dostałem się na studia, a dopiero później zobaczyłem, gdzie jestem. Okazało się,
że znalazłem się w świetnym miejscu. Zupełnie innym niż wszystko, co wtedy w Polsce było.

Zupełnie innym?

  Tak. KUL był inną uczelnią. Towarzystwo, z jakim się spotkałem, mimo że w większości ze wschodnich miasteczek i wsi, stało w jakiejś opozycji do ówczesnej rzeczywistości. No i było dużo krnąbrnych z całej Polski. Spotkałem też dużo osób z inteligenckich, świadomych domów, ci wiedzieli, po co tu przyszli. Znalazło się też trochę osób relegowanych po 1968 roku z innych uczelni. Wkrótce przybyła fala młodzieży hipisującej - plagiat, ale zawsze kontestacja. Znalazłem się w kotle, który mnie ukształtował - przez przypadek, bo nie miałem pojęcia, gdzie i po co jadę. Dzięki temu nauczyłem się paru rzeczy. Uczelnia unikała konfliktu z państwem, czyli partią, ale w tym konflikcie w najgłębszym sensie pozostawała. Była uczelnią, która stawiała na poszukiwanie prawdy, to było naszą codziennością. Nauka dochodzenia do prawdy powodowała, że był to bój na śmierć i życie. Poprzez analizowanie Miłosza czy Gombrowicza, poszukiwanie sensu zawartego w ich tekstach, byliśmy w opozycji do rzeczywistości.

Tak duże było zaskoczenie dla chłopaka z okolic Krotoszyna?

  Tak, bo uczelnie peerelowskie to była także indoktrynacja. Nawiasem mówiąc wszyscy, którzy nami dziś rządzą, mają tę indoktrynację za sobą. Nawet ci, którzy się buntowali, musieli zanurzać się w ideologicznym gównie. Wszyscy oni są szambonurki (śmiech). My tutaj, ci z KUL, nie. W moim przypadku grało rolę coś jeszcze. Coś, przez co byłem w opozycji także wobec KUL. Pochodzenie sprawiało, że moje myślenie było po trochu niemieckie. W Poznańskiem nie ma ziemiaństwa, zaś tutaj spotkałem się z pokoleniem poszlacheckim, u którego świadomość niepodległościowa miała inny niż u nas wymiar. To trochę bawiło, bo uważałem, że wy tutaj za szybko podkręcacie wąsa i... hajda na Wołmontowicze. Że, jak mówi Norwid, czyn wychodzi za wcześnie, książka za późno. Niewątpliwie sprawiła to sytuacja zagrożenia ze Wschodu, wielopokoleniowych doświadczeń. Przez to łatwiej dobywa się tej przysłowiowej szabelki...

U was przemyślelibyście wszystko kilka razy?

  Reagowalibyśmy z pewną flegmą. Nie dlatego, że ludzie byli mniej opozycyjni. Robili to z większym namysłem. Tacy są, choć gdy się zdecydują, to "nie ma przeproś"!

  Tutaj, prócz szabelki, lansuje się postawę wynikającą z rusyfikacji. Ostrożność, kunktatorstwo. To w Lublinie usłyszałem ostrzeżenie: "Tisze jediesz, dalsze budiesz" - rodzaj skrytości, chłopskiej. Jest to mylenie dyplomacji z podstępem. Jakby - powtórzę za Mickiewiczem - jedyną bronią niewolnika jest podstęp. Owa niewolniczość jest inna niż w zaborze pruskim, choć mechanizm jest podobny. Przejmowano broń wroga - tyle, że "bronią" była gospodarność, praca. Dobrze pokazał to Stefan Bratkowski w serialu "Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy".
Oferta Rosjan była skromniejsza: stryczek, Sybir, knuty.

  Odczuwałem więc, że w relacjach międzyludzkich pewnych rzeczy się nie dopowiada, bo "nie ma sensu i nic nie wywalczymy. Zamierzasz zmienić świat?". Tam, skąd pochodzę, jest więcej otwartości. Ludzie mówią w oczy nawet rzeczy trudne - i nikt się nie obraża. A jednocześnie ostrzegają: "Synku, nie przekraczaj Wisły". Mój ojciec, gdy chciał mamie dopiec, mówił do niej: "Ty kongresówo!...". Jednak ja Wisłę przekroczyłem. Ale - mówię to szczerze - nie żałuję. Bywają przecież radości Gogolowskie (śmiech).

  Ta skrytość rozciąga się na stosunek do władzy. Dzięki temu mało kto jest skłonny jej się przeciwstawić. "Najmądrzejsi" przyjęli dewizę: "Chcesz mieć rację, czy załatwić sprawę?". Piękny szczyt łajdactwa, nie tylko - bądźmy sprawiedliwi - lubelskiego. Oznacza to, że - by przywołać kategorię Nietzscheańską - w głębi rządzi nami resentyment.

W jakiej duchowości był Pan wychowany?

  Moją duchowość ukształtowała wiara bez klerykalizmu i parafiańszczyzny. Tego nigdy nie doznałem. Było odwrotnie. Gdy zdarzyło się, że moja matka weszła w konflikt z proboszczem, a ten odebrał jej miejsce w kościelnej ławce, mama nie miała zamiaru ustąpić. Powiedziała, że chodzi do Boga, nie księdza. Podobną sytuację pamiętam z kolędy. Ksiądz w Smolicach, bo tak nazywa się miejscowość, w której się wychowywałem, zachorował, przyszedł zakonnik z miasteczka i zaczął mamie wypominać grzechy, z których dawno się wyspowiadała. Mama spytała, czy tak ma wyglądać duszpasterska wizyta? Że może by spytał, czy ma co dać dzieciom jeść. Gdy ksiądz się nie zamknął, mama zerwała się z krzesła, po czym - uważasz pan - złapała za święte chałaty i wypchnęła za drzwi, pomagając sobie kolanem. Hola, hola, świątobliwy głuptasie - by przywołać biskupa Krasickiego - są granice! Są sprawy między mną a Bogiem - i tobie nic do tego. Nie zapominaj, jesteś tylko Bożym sługą!...

To u nas nie do pomyślenia.

  Zakonnik nie mógł stanąć do mszy, bo jeśli księdzu się nie wybaczy, ma zakaz odprawiania liturgii. Tamten prosił przez miesiąc. Sąsiedzi zaczynali podejrzewać, że matka ma w nim kochanka!...

Utkwił mi w głowie cytat, którego użył Pan w swojej książce "Wyroby duchowe":
"Hitlerowcy zmieniali Polaków w bohaterów, a Sowieci w gówno".


  Cytat z "Drogi donikąd" Mackiewicza dobrze pokazuje, co Rosja robi z ludźmi, jak ich "załatwia", spycha w bezhołowie. U Sowieta nie ma się komu przeciwstawić, bo przeciwnik jest rozmyty, mglisty, rozmemłany. Tajny jak ochrana. Taka sytuacja powoduje, że nie ma komu dać w mordę. Dać jak w "Panu Tadeuszu" - pro publico bono. Teraz cenzurujemy się jeszcze political correctness. Idea, która miała cywilizować, stała się kneblem.

Zatem jak Pan sobie tu radzi?

  Proszę pana! Nadal płynę - żabką krytą!... Wybiera się sposób strawny dla otoczenia, to jednak nie zawsze możliwe, bo ponosi temperament i chętnie dałoby się komuś w dziób... Więc jestem wieśniak, Nietzcheański parobas - podczas gdy w stolicy lublinskoj guberni, z jej herbem na "Lubliniance", działa się metodami innymi. Mamy pomieszanie między podstępem a dyplomacją. Miasto Lublin podszyte jest chłopkiem - a chłopek strachem. Boi się odezwać, bo nie wie, czy sprosta - boi się otworzyć okno, bo nie było rozkazu. Dyplomacja to dobór skutecznych sposobów, również z mówieniem prawdy, ale z poszanowaniem drugich; tutaj się raczej kogoś "ogrywa", a więc lekceważy.
Nie mamy dialogu, lecz manipulację. Szacunek dla partnera - tego tu za wiele nie znalazłem.

Cóż więc Pan znalazł?

  Przemilczenia, obejście, aby wyjść na swoje i by przeciwnik - przeciwnik, nie partner - nie zorientował się nawet, skąd, co i gdzie. Och, dużo by mówić... O braku życzliwości, uśmiechu, o agresji. Zdarzyło mi się być świadkiem, jak ludek obrzucał się zwrotem: "cham wyzwolony". Kompletnie tego nie rozumiałem. Tak, jakby to nie było po polsku.

A miejsca, które młody student odwiedzał, kiedy tu przyjechał...

  Nie miałem tu kontaktów, nie uczestniczyłem w życiu towarzyskim, w związku z tym przyłożyłem się do nauki, co mi zresztą smakowało. Poza tym poznawałem miasto. Nie przez historię, przez zwiedzanie. Miałem program: wsiadałem w autobus i jechałem na końcowy przystanek. Później per pedes wracałem.

Pańskie pierwsze trasy?

  Taka sama, jak Białoszewskiego. Z dworca i z powrotem, trolejbusem 150. Później był Węglin i słynna, potwornie
przepełniona "dziesiątka". Wędrowałem też po krótkiej linii KUL - Biblioteka Główna UMCS, omijając kościół Akademicki, bo nie pachniało mi tam dobrze. To był szok. Okołokulowska katolickość zalatywała parafiańszczyzną. "Pieśni ojca Duvala i siostry Uśmiech". Nie chciałem w tym uczestniczyć. Jeden tylko raz wszedłem do kościoła. Odsłaniano pomnik na Majdanku, uczelnia musiała wziąć udział [w uroczystościach], wyławiano więc najwyższych studentów do szturmówek i transparentów. Jako bezpośrednio zagrożony, zwiałem do kościoła.

Parafiańszczyzna w kulowskim wydaniu?

  Nie na uczelni, w duszpasterstwie i konwikcie. Obok kościoła stały tablice informujące o życiu duchowym - recenzje książek i filmów. Były żenujące, kompletnie nie pasowały do poziomu, jaki prezentowano na wykładach. Katolicka duchowość jest mi bardzo bliska, ale nie w takim formacie. [Te "tablicowe gazetki"] przypominały wydawnictwa z międzywojnia: "Bądź czystym. Słowo do dojrzalszej młodzieży". Koncepcje w stylu: "Chwalmy Pana, gdy złamiemy nogę, bo to Boży dar". Ale na uczelni było inaczej. Opowiem scenkę, którą gdzieś opisywałem: stoimy na korytarzu, przechodzi ksiądz profesor Kamiński, jeden z nas mówi: "Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus". Ksiądz zatrzymuje się i wbija się w niego świdrowatymi oczkami: "Zgłupiałeś? Myślisz, że spotkałeś swojego proboszcza?". Dzisiaj słyszę, że przerywa się wykład i odmawia modlitwę - bo dzwonią na Anioł Pański...

Zapytam o lubelskie zabytki...

  Co mnie pierwsze zachwyciło? Drobna rzecz. Często zatrzymywałem się na mostku łączącym Stare Miasto i Zamek. Miejsce, z którego blisko do kościoła św. Wojciecha. Zachwycała mnie renesansowość budowli oraz to, że znajduję się na poziomie dachu. Ja, człowiek, który niżej, w pokorze wobec Boga, stoję oko w oko z kościołem. Co prawda tylko z gzymsem, ale to i tak poruszało (śmiech). Jakby się było Jego partnerem - jakbym został do Niego uniesiony, niemal jak mistyk. Odczucie numinosum w czystej postaci, a przy tym jakby Chopinowska łagodność (bo Chopin też jest włoski). No i wzniosłość. I potęga. "Non nobis, Domine, non nobis...".

  Renesansowość jest sprawą na Lubelszczyźnie naczelną. Kościoły, kościółki, kaplice - to niesłychanie ujmujące.
Siedzą w krajobrazie. Podkreślają sielskość, smętek, dodają metafizyki. A w samym Lublinie zieleń. To uderza przyjeżdżających. Powinniśmy walczyć o każde drzewo, dodają miastu piękna. Przy okazji: to, że na dwa lata zamknięto park, z powodu zalatującej szwindlem "rewitalizacji", jest publicznym skandalem - i podziwiam, że wy, dziennikarze, tak solidarnie o tym milczycie...

  Inna sfera to topografia. Górki, wąwozy, doliny. No i założenie Starego Miasta, asymetryczne, dopasowane do terenu. Po kwadratowym Krotoszynie, z rynkiem na środku, było odkryciem. Owa asymetria jest szalenie atrakcyjna, także krzywizny i niedoróbki. Wzrusza mnie, gdy patrzę na obraz Matki Boskiej z Bramy Krakowskiej. Przejście przez bramę nie na osi, obraz zawieszony w bok... [Ktoś zauważył, że na wielu skrzyżowaniach lubelskich ulic one na siebie nie trafiają! Rzeczywiście.] To doprawdy rozbrajające.

Jak to jest z wielokulturowością Lublina? Pan narobił z tym trochę zamieszania.

  Zacząłem pracować nad "Przewodnikiem", poznałem trochę historię miasta, z której możemy być dumni (o ile można być dumnym z czegoś, co nie jest naszym dokonaniem). Dowiedziałem się o faktach, rzeczach i zjawiskach, które określa się mianem wielokulturowości. To hasło jest na tyle chwytliwe, że poszedłem w tę stronę uważając, że Lublin [dziś taki już] nie jest, ale na pewno był wielokulturowy. Poszukiwania, doczytywania i rozmowy wyprowadziły mnie z błędu i dziś wiem, że to tak [pięknie] nie wyglądało.

A jak było?

  Wiele osób ma przekonanie, że tu mieszkali Polacy - i Żydzi. Owszem, ale nie tylko oni, przy czym Żydzi zawsze się izolowali. Nie tutaj, wszędzie. Żyli w diasporze. Z kolei Polacy do Żydów mieli różne niechęci, był konflikt ekonomiczny, ale też odmienności kulturowe. Odmienność odpycha i trzeba wysiłku, by się nią interesować. Tego wysiłku nie podjęła żadna ze stron. Można o tym poczytać w książkach Zbyszka Fronczka. Była dzielnica żydowska, ośrodki związane z protestantyzmem, Niemcy i Czesi. Było sporo Rusinów, trochę Węgrów, czy to [już] jednak wielokulturowość? Po pierwsze spytałbym o kulturę polską, jej siłę, po drugie patrzyłbym, w czym [ta rzekoma] wielokulturowość się przejawia. Były nacje, które coś zostawiły. Niemcy zafundowali szkołę, szpital i fabryki,
ale czy miała miejsce wymiana myśli między Polakami, Żydami, Ormianami i Rusinami?

Nie chcieliśmy dialogu?

  [Dialog w głębszym sensie nie zaistniał. Czy ktoś go chciał?] Żydzi byli w diasporze, formuła "miasta żydowskiego" to nadużycie. Rosjanie to zaborcy, ich się nie przyjmowało, zadawać się z nimi [to był] dyshonor. Niemcy szli w ramach [parcia] Drang nach Osten, i oni w największym stopniu się polonizowali. Przenikał się żywioł plebejsko-handlowy, ale mierzyć wielokulturowość tym, że się kupiło u Żyda czy Rusina? Nim będziemy badać wielokulturowość, mówmy o polskości. Jest do czego sięgać. Podobnie jest z walorem kresowości. [Jakiej znowu kresowości?!] Lubelskie było województwem centralnym. Wielokulturowość, dobre sobie!

Jednak na początku Pan [ją] widział!

  Widziałem, bo byłem ślepy!... (śmiech). Bo chciałem widzieć. A pierwszy raz zobaczyłem przy Lipowej - mogiły
rzymskokatolickie, ewangelickie i prawosławne. To mnie zwiodło, wielonarodowość i wielowyznaniowość. Owszem - post mortem. Ale nawet wtedy oddzielona murami. Gdyby istniała wielokulturowość, leżelibyśmy jak bracia, szczególnie w obliczu śmierci.

  Buduje się hipotezy, które powtarza się jako pewniki. Ot, chociażby, że plac przed Zamkiem ma kształt oka cadyka. Ha! To nawet pyszne. Równie dobrze studnia na dworcu PKS to czubek nosa Rusina. Tak możemy się pocieszać - że Lublin jest miejscem magicznym. Oczywiście także ekologicznym, inspiracją, że kultowy i tak dalej. To przyciągnie wielu... Oczywiście, przyciągajmy, ale ukazujmy Lublin prawdziwy. Nie ulegajmy hasłom, które z rzeczywistością
nie mają wiele wspólnego. Nabrałem się gdy tu przyjechałem. Znalazłem się na Lipowej - i byłem przekonany, że jest zgodność między cmentarzem a miastem. Że Lublin to tygiel, gdzie toczą się dysputy, ścierają zdania i koncepcje. Myślałem, że właśnie tacy jesteście.

Okazało się...

  ...wkrótce, że nie ma takiego Lublina. Wszystko było zunifikowane. Mieszczaństwo siedziało albo w partii, albo w domu, szewc przy kopycie, profesorowie w bibliotekach. Trochę ziemiaństwa, które wysadzone z siodła gnieździło się w kamienicach, gdzie otrzymali dwa pokoje ze wspólnym kiblem. Poza tym plebs z przedmieść, który ulokowano na Starym Mieście, aby jego strukturę zniszczyć.

  Przy okazji słowo o władzy i tak zwanych twórcach lubelskich - kilkorgu z nich trzeba by przyznać palmę pierwszeństwa w dobrowolnym dawaniu ciała. Nie mam za złe partiom i urzędnikom, że chcą kultury używać,
taka już ich uroda. Róbta tak dalej, nie na darmo Kazik śpiewa, że "wszyscy artyści to prostytutki".
Ale nie trzeba się tego wstydzić. Dla dobra państewka-miasta, jakim jest starożytny Lublin.

  Nie wchodzę w niczyje sumienie. Jak to mówią, niech każdy złapie się za swój nos - będzie miał pełną garść.
Dla sprawiedliwości muszę jednak dodać, że Lublin może być dumny ze swoich dziejów, przynajmniej dawnych. Gorzej z "Polską lubelską", [ale] to był jednak desant, [przymusowy] eksport ze Wschodu.
Było [także] wiele wspaniałych osób, które tu mieszkały. [Ślady po nich są, ale zakryte albo zamazane.]
Szkoda, że nie są one bardziej eksponowane.

Może jakieś przykłady?

  Kamienica przy Krakowskim Przedmieściu 6. Jej właścicielem był Jan Mincel, który spoczywa przy Lipowej.
To on stanowił pierwowzór dla jednej z postaci "Lalki" Prusa. Z Lublina był Julian Ochorowicz, z którym ten autor się przyjaźnił i jako Ochockiego utrwalił w "Lalce". Pies z kulawą nogą nie jest zainteresowany, by na kamienicy umieścić tablicę.

  Kościół pod wezwaniem Nawrócenia św. Pawła. Pochowano tam wojewodę lubelskiego i dziadka króla Jana III Sobieskiego oraz innych Sobieskich z niekrólewskich linii.

  Płyta pamiątkowa na Banku PeKaO, naprzeciw murku z kwiatami. Ufundował ją jeden akowiec, nikt się nie chciał dołożyć. Dyrekcja banku wyraziła zgodę, ale od urzędnika usłyszał, że [jednak] nie, bo... to byli bandyci.

  Są ludzie, którzy dbają o historię, chociażby Jan Sęk, który umieścił tablicę na kamienicy Chmielewskich,
informującą, że w tym miejscu stał dom Mikołaja Reja. Senator Sęk postarał się też, by przy szpitalu Jana Bożego stanął pomnik ks. Piotra Ściegiennego. Ściegienny po Sybirze pracował i zmarł w Lublinie, tu jest pochowany.

  Zaniedbania są wielkie, ale [też] są powoli nadrabiane. Czemu nie szybciej? Tryb administracyjny, wiele procedur długo trwa... [Trzeba się postarać i wydobywać takie ślady.]

Tym się Pan kierował, kiedy tworzyliście "Przewodnik"?

  Ja tego [wszystkiego] nie wiedziałem! Nie miałem pojęcia, że takie miejsca istnieją. Byłem ignorantem. Nadal jestem! [Ale jestem też Lublina ciekawy.] I tak to już zostanie. Amen.

Bernard Nowak - ur. w Kwidzynie (1950),
początkowo mieszkał w Malborku, potem w Smolicach w Poznańskiem, rok w Kaliszu.
Od 1969 roku na stałe w Lublinie, okresowo w Moguncji, Lyonie i Paryżu.
Studiował polonistykę w KUL i Uniwersytecie Jagiellońskim. Podziemny drukarz w latach 1981-1989.
Autor czterech książek "Cztery dni Łazarza", "Taniec Koperwasów" "Smolice No 86" i "Wyroby duchowe".
Właściciel Wydawnictwa Test (zał. 1989), dwukrotny stypendysta ministra kultury.
W latach 2006-2012 prezes lubelskiego Oddziału Stowarzyszenia Pisarzy Polskich.

Rozmawiał Marcin Jaszak, Kurier Lubelski, grudzień 2013 r.
[Kurier LUBELSKI / Polska The Times - NASZA HISTORIA. LUBLIN. MIESIĘCZNIK,
nr 1 (2), styczeń 2014, s. 18-21]

 Kurier LUBELSKI / Polska The Times - NASZA HISTORIA. LUBLIN. MIESIĘCZNIK - winieta

Redakcja tekstu i tytuł na potrzeby tej publikacji w witrynie Bernarda Nowaka - J. K. Wasilewski




Lublin macochą swojej historii?

 Lublin. Przewodnik. Wydawnictwo TEST. Rysunek - Andrzej Kot
Z Bernardem Nowakiem, pisarzem,
redaktorem lubelskiego przewodnika,
którego nowa wersja ukazała się w 2014 r.,
rozmawiała Sylwia Hejno

We wstępie do swojego przewodnika z 2000 roku napisał pan, że szkoda, że zabrakło osób takich jak Henryk Gawarecki, współautor "Przewodnika po dawnym Lublinie", które umiałyby pisać o historii w tonie gawędy. Czy uważa pan, że przewodnik powinien "się czytać"?

- Zdecydowanie tak. Ale chciałbym podkreślić, że to nie jest "mój" przewodnik. Ma wielu autorów: Grażynę Michalską, Roberta Kuwałka, Edmunda Mikrusa i Jacka Studzińskiego - by wymienić najważniejszych. Oni wykonali gros pracy, ja tę wspólną całość próbowałem jakoś zorganizować.

Ma pani rację, przewodnik powinien "się czytać", nie powinien też zwracać się tylko do specjalistów, historyków, czy architektów, ale i zwykłych odbiorców. "Przewodnik po dawnym Lublinie" Henryka Gawareckiego i Czesława Gawdzika jest dla mnie wzorem, to prawdziwe znawstwo rzeczy, podane w wyśmienitym sosie stylistycznym.

Krytykuje pan podejście Lublina do jego własnej historii. Co z nim jest nie tak?

- To, co możemy odnaleźć w przewodniku, wskazuje na bogactwo historyczne Lublina, podczas gdy oferta kulturalna nie zawsze w stopniu dostatecznym je uwzględnia. Myślę o programie wypoconym w czasie starań o ESK, a aktualnie o tym, który się przygotowuje na 700-lecie miasta.

Wydaje się, że w dużym stopniu o jego kształcie decyduje ignorancja osób, które się w tej materii poruszają i niekoniecznie wiedzą, że jest do czego sięgać. Przy okazji, ulegają też pewnym mitom, jak choćby wielokulturowości Lublina. Jeśli spróbujemy poszukać jej śladów, to nie będzie ich wiele. Przykładowo ludność żydowska zachowywała swą odrębność i przepływ kulturowy między tym żywiołem a rodzimym był z definicji utrudniony. Z kultury żydowskiej zostało niewiele także dlatego, że ją zniszczyła wojna. Rola "żydowskiego Lublina" jest przeceniana, a niedoceniana rola innych nacji. W sferze kultury materialnej wiele wnieśli choćby Niemcy. Podobnie jest, gdy chodzi o wpływy wschodnie, zwłaszcza w sferze religii.

Co się zmieniło w nowym wydaniu przewodnika?

- "Przytył" o 50 stron, aktualizujemy w nim 350 zdjęć. Chcieliśmy bardziej uwzględnić rolę teatrów lubelskich - Ośrodka "Gardzienice", Teatru Provisorium czy Teatru Leszka Mądzika. Nawiasem mówiąc, urasta do rangi symbolu fakt, że w księdze wielkiej a śmiesznej, która powstała z okazji starań o ESK, o Leszku Mądziku nie ma chyba ni słowa..., za to jest on od trzech bodaj lat obecny... we Wrocławiu!... Nie ma też lubelskich muzeów! Rozszerzone są informacje o Lubelszczyźnie - o odrestaurowane dwory i dworki, których jest już sporo, także o nowe trasy.
Oferta typowo turystyczna też jest uzupełniona, choćby o lubelskie pojezierza.

Kim najczęściej był nabywca pańskiego przewodnika?

- Mieszkańcem Lublina, który chciał się więcej dowiedzieć o mieście. Często krewnym albo przyjacielem tegoż lublinianina, który otrzymał przewodnik w prezencie. Najrzadziej - turystą. Turysta szuka raczej broszury, informatora, a nie grubaśnej książki.

Rozmawiała Sylwia Hejno, Kurier Lubelski, 30 kwietnia 2012 r

 Kurier Lubelski - winietka





Filmik z jednej z wycieczek po Lublinie (format 3GPP, 5 Mb)
Zamieszczony filmik, kręcony telefonem komórkowym, jest pierwszym śladem i rejestracją pomysłu o autorskim filmie na temat historii najnowszej Lublina (XX w.), ciągle mało znanej, może nawet – takie odnosi się czasem wrażenie – pomijanej.
© Copyright by Joanna Żamojdo i Bernard Nowak







 Wydawnictwo TEST, Lublin - logo








historia
działy
trasy i szlaki
miejsca
galeria

Jesteś w witrynie Przewodnika po Lublinie;
osobne witryny to strona domowa Bernarda Nowaka i jego Wydawnictwa TEST

Wydawnictwo TEST
Bernard Nowak - home
Lublin - przewodnik