Witryna Bernarda Nowaka 
 - strona główna
wydawca, redaktor i autor
o sobie
galeria
okruchy
oficyna
książki



Andrzej Kot: jedyny taki artysta z Lublina

„Kto czyta, ten chwyta”

Andrzej Kot
Sztuka jak oddychanie

  Jedyny artysta w Lublinie. Każdy inny z dłubiących to i owo robi coś, bo chce. Bo się nauczył. Równie dobrze mógłby robić coś innego. Andrzej robi, bo musi. I niczego innego nie umie. Zaś to, co robi, umie od zawsze. I od razu w sobie tylko właściwym stylu. Jako jedyny w mieście mógłby powtórzyć za Picassem: ”J’ai ne cherche pas – j’ai trouve”.

  Któż nie zna jego szybkiej sylwetki, przemieszczającej się drobnymi kroczkami po Śródmieściu. Nad nim zawsze opary z dymnego ziółka. A pod pachą teczka z pracami. Które można kupić od ręki i po wysoce przystępnej cenie. Z których się utrzymuje. Zatrzymać się przy nim i porozmawiać – jeśli zechce – to przyjemność dla ducha i ucha. Bo Andrzej od razu rymuje, i to wcale nie po częstochowsku. Jego dystychy, wydane dwakroć z rysunkami, należą do trafnych, zabawnych, a często bezlitosnych. By przytoczyć pierwsze z brzegu: „Jak dorastamy, to zachwaszczamy”. „To się pieści, co szeleści”. „Wygrało ciało, duszy nie stało”. I tak dalej, i temuż podobne. Bo jest Andrzej obserwatorem pełnym dystansu, czasem też ironii. Czasem także zaskakującej, przy jego dobroci niemal niezamierzonej, kpiny. Pamiętam wywiad, którego udzielił kilka lat temu, szło to mniej więcej tak: «Pani z „Kuriera”? To pożyteczna gazeta, znam ją od dziecka. Kąpałem się w Bystrzycy, z nudów zdjąłem majtki i uderzałem w wodę. A potem zacząłem podrzucać – aż rzeka je porwała. Na szczęście na brzegu leżał „Kurier”, owinąłem się i poszedłem do domu».

  Inna anegdota, opowiedziana przez nieżyjącego już typografa Leona Urbańskiego, przyjaźniącego się z Andrzejem przez lata: Profesor był uporządkowany, Andrzej rozbijał ten ład pojawiając się w Warszawie w najbardziej niespodziewanych chwilach. Został więc poproszony, aby przed przyjściem zechciał zawsze dzwonić. „Tak, tak, oczywiście”. Minęło kilka tygodni, jest piąta rano, w domu profesora rozlega się telefon. „To ja, Andrzej Kot, kazał pan dzwonić”. „A gdzie jesteś?” „Na dole”.

  Andrzeja przesiedlono z Grodzkiej 19 na Felin. Zrobiono mu tym niezamierzoną krzywdę, bo Kot jest zwierzęciem Śródmieścia. Gdzie indziej, a już szczególnie w nowych blokach, czuje się obco. Teren jego był tutaj. Tu był zasiedziały, jak cała rodzina. Tu jego ojciec, przedwojenny masarz, przyjmował od kuchni ortodoksyjnych Żydów, którzy przychodzili niedzielnym rankiem na świńska golonkę. Tutaj, po uliczkach Starego Miasta, Andrzej buszował i łowił od dzieciństwa. Znał tu wszystkich i wszyscy znali jego; dziś po Śródmieściu tylko krąży. To jego sposób na życie. Na to, by przetrwać. Bo nieraz „Robi się kołyska – nie ma co wsadzić do pyska”.

  Na szczęście Andrzej ma przyjaciół i całe rzesze życzliwych, dzięki którym jakoś egzystuje. Wpada do nich na herbatę albo coś sprzedać czy pokazać. Rozgrzewa się i – niespokojny duch – biegnie dalej. Czasem spotkania i gadania przeciągają się do upojności. Coś tam popijamy, coś przegryzamy – a Andrzej mówi. Rozkłada prace czy wyjmuje tyle co zakupione na targu cudeńko – i mówi. Słucha się go z uwagą, zazwyczaj także ze śmiechem. Rodzi się też chęć dialogu, choć gość nie zawsze na to pozwala. A jeśli nawet, trzeba się w czasie rozmowy strzec, by nie przejąć jego języka. Bo bardzo on zaraźny. I zaraz chce się rymować tak jak on, a przecież robi się to gorzej – wręcz nieudolnie. Bo Andrzej nie rymuje dla rymowania, ale dla puenty, więc aby mu dorównać, trzeba myśleć jak on. Szybko, skrótami, z przeskokami i patrzeniem na świat od tej samej, co on strony. A tego się nie potrafi, bo trzeba by być nim. To niemożliwe – bo Kot jest jeden.

  Anegdota o wizycie u prof. Leona Urbańskiego dobrze oddaje wyczucie Andrzeja w sprawach formalnych, norm i takich tam. Jedyne, co go interesuje i co czuje w sposób graniczący z geniuszem, to grafika. W tym wyczerpuje się całkowicie. To dla niego fizjologia. Sztuka jest dla niego jak oddychanie. Bez niej nie potrafiłby. Jest funkcją życia i sposobem życia. Gdyby mu tego zabronić, umarłby z rozpaczy. Gdyby prac nie sprzedawał, umarłby z głodu. Zresztą niewykluczone, że się tak stanie. A wówczas, jak łatwo przewidzieć, stosowne środowiska wystawią mu pomnik. I uznają za – „lubelskiego Nikifora”.

  A propos kalendarza: Znany, olśniewająco prosty projekt takiego, oparty o schemat dłoni zapisanej imionami, powstał w czasie jednego z Andrzejowych pobytów w szpitalu. «Jeden gość – opowiada Kot – stał pod drzewem i cały czas patrzył na rękę. Godzinami. Aż go spytałem, o co chodzi. „Obliczam, kiedy wyjdę” – i pokazał wewnętrzną część dłoni. Cztery palce mają po trzy pola – razem dwanaście.» I tak jest w pracach Andrzeja zawsze: prostota, synteza, znak. Jego koty, ptaszki, diabełki czy orły, słońca, księżyce, krzyże są jak pieczątki. Jak ozdobniki typograficzne, czasem zaś mogłyby być wycinanką. „Kto czyta, ten chwyta” – kto zna jego prace, wie o czym mówię. Ale, o czym nie należy zapominać, jest też inna strona jego twórczości, mroczna. Tam mieszkają maszkary, diabły (już nie diabełki), stwory cudaczne i straszne jak milczący totem. Mają dziób gawrona i skrzydła gryfa – niczym rekwizyty afrykańskich czarowników. Czasem, w miejscu nóg, ciężkie stępory. Jak kamienne prarzeźby z Mezopotamii.

  Jest też Andrzej świetnym kaligrafem. Gdy w roku 1981 do Lublina przybył Czesław Miłosz, Kot z łapy przepisał „Traktat moralny”. W 1986 roku Leon Urbański wydał książeczkę „Prawdziwa cnotka nie boi się Kotka”, pełną pięknych ekslibrisów. Rzecz otrzymała nagrody w Japonii, RFN oraz bodajże Kanadzie. Bo Kot jest pokazywany i drukowany na całym świecie – tylko nie na peryferiach. Trudno nie spytać, dlaczego tak się dzieje. Okoliczności dotyczące Andrzejowego zdrowia nikogo nie rozgrzeszają. Wręcz odwrotnie. Obciążają – bo tym bardziej on i jego prace powinny podlegać ochronie. Takie próby już były: Jest film Grzesia Linkowskiego, była aukcja jego prac, prowadzona przez Jarosława Koziarę. Jacek Wałdowski wydał dwie pyszne, bibliofilskie książeczki. Była też akcja „Gazety w Lublinie”. Ale inicjatywy poszczególnych osób sprawy nie załatwią. W przypadku, gdy tej miary artysta nie jest w stanie zadbać o promocję, zająć się tym powinni animatorzy kultury. Sam Andrzej po urzędach antyszambrować nie umie. W tych przestrzeniach, nawet jeśli mieszczą się na Starym Mieście, czuje się zagubiony.

Bernard Nowak






Inni o mnie...


o sobie
galeria
okruchy
oficyna
książki

Jesteś w witrynie lubelskiego wydawcy i pisarza, Bernarda Nowaka;
osobne witryny to strona jego Wydawnictwa TEST i jego Przewodnika po Lublinie

Wydawnictwo TEST
Bernard Nowak - home
Lublin - przewodnik